VX’em na Bałkany – Bośnia i północna Dalmacja – 2013

Wczoraj po 9 dniach motocyklowej włóczęgi wróciłem wieczorem do Gdyni. Wink

Moimi kompanami podróży byli Flinster (VX 800) i Misiek (XRV 750).

Trasa obejmowała tranzyt przez Polskę i Słowację. Do największych atrakcji należy zaliczyć przejazd przez Bośnie i Hercegowinę (trasa Banja Luka – Jajce – Bosanski Petrovac – Bosansko Grahovo) oraz zwiedzanie okolic Splitu (nasza baza wypadowa znajdowała się w Primosten), a także powrót przez Góry Dynarskie w Chorwacji (droga wiodła szosami nr 56 i 27, a następnie nr 1 przez teren rezerwatu Plitvickie Jezera, a dalej do granicy z Węgrami jechaliśmy obierając kierunek na Barcs). Dodatkowo zaliczyliśmy przejazd wzdłuż Balatonu.

Czasu było jak zawsze za mało – raptem 9 dni na całość to jednak trochę za krótko.

Przejechany dystans do celu wraz z wycieczkami na miejscu to razem 3 975 km, czyli nie za dużo. Ale wrażeń mnóstwo – intensywność doznań podczas tej podróży była w mojej ocenie niezwykle wysoka. Wink

Zwiedzania oczywiście jak zawsze było mało, za to dużo jazdy, jazdy i jeszcze raz jazdy! A do tego należy jeszcze dorzucić zimne piwo nad brzegiem przepięknego, ciepłego Adriatyku. Wink

***** RELACJA *****

DZIEŃ 0 (20.09.2013, piątek)

Dzień 0 jak to dzień 0. Papiery miałem już ogarnięte wcześniej, assistance i zielona karta (niezbędna na przejściu granicznym BiH) już dawno wyrobione.

Spotkanie organizacyjne przerobiliśmy w poprzednim tygodniu. Wszytko jest więc jasne. Maszyna w ciągłej eksploatacji, więc co tu było kręcić. Wacha zalana była wczoraj, czy przedwczoraj chyba.

Pakowanie i ostatnie przygotowania trwały od dnia -1. Jak zawsze towarzyszyły im uczucia, że czegoś zapomniałem uwzględnić lub zabrać.

W dzień 0 mam wolne, kręcę się zatem pomiędzy chałupą a garażem i upakowuje na nowo kufry, co by wszystko się ładnie zmieściło.
Postanawiam zabrać ochraniacze na kolana, co jak się okazuje jest strzałem w dziesiątkę.

Do centralnego idzie to co będzie potrzebne pod ręką – kombinezon przeciw-deszczowy, śpiwór, trochę żarcia, kuchenka, olej klucze płaskie. Pozostałe części jadą w zadupku i pod siodłem (tak na oko to prawie cały warsztat i połowa VX’a Wink).

W boczne wchodzą wakuometry, ciuchy i trochę (nawet dużo) żarcia – tak na rozruch – zostało mi jeszcze z wypadu samochodem. Do tankbag’a mapy, czołówka, czapka, rękawice na zmianę, skarpety, szalik, koszulka. Szczoteczka i pasta do zębów też – to podstawa. No i jakieś drobiazgi.

W końcu wieczór. Ustawiam się ostatecznie z chłopakami. U nich też wszystko ogarnięte. Ustalamy start na 6h ze stacji przy Matarni (tam gdzie zawsze, gdy trasa na południe).

Pożegnanie przy kawie z rodzicami i siostrą, potem do domku. Przybijamy z Marta gwoździa przed TV oglądając Riddicka. Wink W międzyczasie robię jeszcze górę kanapek na drogę, co by na pierwszy dzień nie zawracać sobie tym dupy na postojach. Kładę się koło północy, a i tak spać oczywiście nie mogę.

DZIEŃ 1 (21.09.2013, sobota)

Jakoś tam trochę kimam, żeby koło 4.30h budzik wyrwał mnie z pół snu. Wstać, wstawać! Śniadanie (już zrobione wczoraj), herba, pakuję kanapkensy z lodówki do plecara.

Ciuchy, pożegnanie z Martusią i dymam do garażu. Wbijam się w chomąto, na razie wersja na średnio cieple dni – najwyżej potem się coś dołoży. Przerzucam rzeczy z plecaka do tankbaga, podłączam navi. Sprawdzam stan licznika.

Stan licznika: garaż, 45 518 km.

Czas upływa zajebiście szybko. Odpalam maszinu, zamykam garaż i szpula na obwodnicę.

Na stacji przy Matarni jestem 6.15h. Chłopaki czekają gotowe. Jest dość rześko. Ale nic nie zmieniam w moim rynsztunku. Zatyczki w uszy i walimy po chwili na A1. Inwestycja za 29,90 zł daje nam dobry start. Pojawia się Słońce i jest całkiem znośnie. Lecimy leniwe 110-120, czasem 130 – tak na 5,5k obr/min (Africa ma podobne obroty) – mamy przecież czas. Jest to tym samym program bardzo ekonomiczny jeżeli chodzi o spalanie (wachy i oleju Wink). No i nie trzeba za bardzo z wiatrem walczyć. Same plusy dodatnie. Wink

Zatrzymujemy się przed Włocławkiem, gdzie robimy I tego dnia, krótki postój połączony z pierwszym tankowaniem. Docieplamy się, bo jednak chłodzenie okazało się dość znaczne, mimo tych 15 czy tam 20 stopni obecnych na termometrze.

Lecimy dalej. Mijamy Włocławek. Za Kowalami znów autostrada – póki co bezpłatna. Dzięki niej odpada Zgierz i inne wiochy przed Łodzią. Miasto robimy bez większych problemu, nazwijmy wybraną drogę lewą stroną. Po chwili zaczyna się gierkówka. Suniemy równo 90-110km/h.

II postój wypada przed Częstochową, gdzie tankujemy po raz drugi. Obok parking – jest nawet ławeczka – cud to jakiś, bo w PL takie ławeczki na stacjach to towar deficytowy. Postój i szama. Póki co wpier.alamy kanapkesny. Jak się potem okazało mieliśmy tego tyle, że chyba ostatnie to w BiH wykończyliśmy. Wink Do tego herbata lub kawa z palnika – kto co lubi, co kto woli. Ciśniemy dalej. Słońce jest, ale temperatura osiąga maksymalnie ze 20 stopni.

III postój, nie za długi i trzecie tankowanie wypada na stacji w Żywcu. Flinster poprawia mocowanie lag. Coś mu tam szumi. Nie wiemy na razie co. W końcu Zwardoń i jesteśmy na Słowacji. Wreszcie coś zaczyna się dziać. Górki, winkle.

Potem Cadca i trzeba zwolnić, może być radarska kontrola, a potem “pane, pane, rychlost to je wielki problem u nas, dawajta 50 EUR”. Grzecznie przesuwamy się w dół mapy Europy. Robi się coraz zimniej z racji zachodzącego Słońca oraz okolicy – jesteśmy jakby nie patrzeć w górach.

IV postój tego dnia przeznaczamy na herbatę i batona. Robimy go zaraz przy mieście Martin (SK). Omyłkowo skręcam na górską drogę, taki skrót do Bańskiej Bystrzycy (SK). Czemu tak szybko robi się ciemno…

Piękne winkle, ale po ciemku, co skutecznie uniemożliwia nam w pełni wykorzystać możliwości naszych maszyn. W końcu znów na krajówce. Osiągamy Sahy i ciśniemy dalej przez Węgry. Dobrze znam tę drogę – po chwili rondo, w prawo i stacja.

Tam V postój i kolejne tankowanie właśnie na tej stacji. Było to w Retsag (przed Vac) (H). Od razu kupujemy winiety (za motocykl to 1470HUF na 10 dni).

O 22.30h po kilku ciekawych winklach osiągamy cel, jest to kolejna w tej okolicy, dobrze mi znana, stacja przy God (za Vac) (H). Meldujemy się swoim bliskim.

Potem micha, do tego po grzdylu żołądkowej. Jest nawet dość ciepło – wieczorem było chyba około 10 stopni. W oddali światła Budapesztu robią na nas imponujące wrażenie. Stacja wydaje się spokojna. Nie ma cyganów, można spać. Motocykle ustawiamy rzędem przy krawężniku, karimaty na glebę na trawniku i lulu przy maszynach.

Trasa: 953 km, 16h 15 minut, http://goo.gl/maps/9W8cE.

DZIEŃ 2 (22.09.2013, niedziela)

Budzimy się około 5h. Jest 6,5 stopnia – mówi nam termometr zainstalowany na Afryce. To nie problem, gorzej, że wszystko w rosie.
No nic. Hierbatka. Robi się nam cieplej. Jest już jasno, odpalamy maszyny i po chwili jest 7h, a my dalej jazda. Trzeba szybko przeskoczyć Budapeszt. Udaje się nam to bez problemu. Raz, że w sumie znam już na pamięć drogę na południe, dwa, nawigacja jest (tym razem) bezbłędna.

Pierwszy postój tego dnia i szama wypadają nam na parkingu na M5 za Budapesztem (H). Ładne te parkingi, ale w toaletach informacja o złodziejach (prawdopodobnie chodzi o szajki cyganów węgierskich).
Wyjeb.ny plakat w kiblu przedstawia jak działają, okradając zatrzymujących się na stacjach i parkingach. Do tego znaki ostrzegawcze przed wjazdem na parking. No ładnie!

Przy okazji zaliczamy mały serwis – u Flinstera coś tam nadal trze. To chyba osłona na dole błotnika, zdejmuje ją całkowicie. A Misiek wywala nadmiar odważników – nowe opony założył, ale nie zdążył wyważyć kół.

Lecimy dalej autostradą M6 na południe. Pogoda w miarę się klaruje, Słońce ładnie świeci. Sama trasa to w sumie nuda. Krajobrazy bez szału. W oddali miasteczka, górki, pola. Drugi krótki postój na parkingu na M60 przed Pecs (H). Wkrótce zjeżdżamy na krajówkę biegnącą w kierunu Cro. Trzeci krótki postój tego dnia i piąte z kolei tankowanie. Jest jaki taki poziom, dolewka oleju 0,15l.

Jesteśmy w okolicy Harkany na drodze nr 58 (H). Przelatujemy przez granicę. Kontrola. Zaczyna się Chorwacja. Na razie widoki takie sobie. Trochę górek. Mały ruch, a drogi w doskonałej kondycji.

Robimy postój na parkingu obok jakiejś fabryki. Postanawiamy jednogłośnie rozłożyć trasę do celu na 3, a nie 2 dni. Tempo okazało się trochę za duże – cisnąć dalej nie obejrzymy dokładnie BiH.

Jest dość ciepło – z tego co pamiętam uczciwe 21-22 stopnie. Szama. Potem odsypiamy krótką, zimną noc. Zajmuje to nam 2-3 godzinki. Ogólny wypas.

Ruszamy dalej. Wkrótce miasteczko Slavonski Brod. Spory ruch graniczny, na przejazd przez granicę czekamy dobrych kilka minut. No i jesteśmy W Bośni i Hercegowinie. Początkowo trasa bez szału. Dojedżamy do Banja Luki.

Po chwilowym zamieszaniu tniemy obwodową miasta. Na szczęście bezpłatna, chodź są jakieś budki (zwykle w Bośni płaci się przed przejechaniem takiego odcinka z góry). Czwarty postój tego dnia i szóste tankowanie robimy na stacji pod koniec owej obwodnicy przed samą Banja Luką (BiH).

Po chwili ruszamy dalej. No i zaczyna się piękna górska droga. Wielki kanion, po lewej rzeka. Tylko, że nagle pstryk, robi się ciemno! To jednak już jakie takie południe. Nie ma wieczornej szarówki jak u nas, po prostu nagle zapada mrok, tak jakby ktoś wyłączył światło.

Rozpoczynamy poszukiwania miejsca na nocleg. Jesteśmy już blisko miasta Jajce (BiH). W końcu bezpośrednio przy drodze natrafiamy na dość dużą stację z dobrze oświetlonym parkingiem.

Mamy dopiero godzinę 20.30, a poza stacją jest ciemno jak w dup.e. Kuchenka w ruch i micha. Na deser chłopaki grzeją na silnikach kupione na stacji piwo. Wink

Przy tej okazji przez chwilę rozmawiamy z wracają z rajdu off-road ludźmi. Spodobał im się nasz sposób podgrzewania puszek. Mniej więcej o 22h przygotowujemy nasze koczowisko i kima.

Trasa: 571 km, 12h 30 minut, http://goo.gl/maps/cauN5.

DZIEŃ 3 (23.09.2013, poniedziałek)

Wstajemy koło 6h. Jak by nie patrzeć budzi nas zimno. 4,7 stopnia, ale odczuwalna była dużo poniżej jak sądzę. Wilgoć jest, ale mniejsza niż na Węgrzech. Może z racji spania na asfalcie a nie w trawie, rosa nie atakuje naszych śpiworów.

Poranna gimnastyka dla rozgrzewki, kawa, herbata do wyboru. Do tego po batonie i w drogę, około 7h, kiedy jest już wystarczająco jasno. Droga ciekawa, ale lekka mgła nie pozwala za bardzo cieszyć się widokami.

Pierwszy krótki postój na foty, gdzieś na drodze. Po chwili Jajce (BiH) i drugi krótki postój, walimy fotki zameczku na górce. Fajna sprawa! Wszystko niestety nadal lekko zamglone.

Po posiłku lecimy dalej. W końcu zza chmur wychodzi Słońce i mgła znika. Robi się całkiem przyjemnie. No to czas na trzeci, dłuższy postój i michę przy stacji w okolicy Mrkonjić Grad (za Jajce) (BiH).

Czwarty i piąty postój gdzieś w trasie – piękne widoki, pykamy foty. Droga super, dość szeroka, winkle, zakręty, asfalt doskonały, ruch minimalny.

Kolejny postój i siódme tankowanie, także dolewka oleju 0,15l, wypadają w Bosansko Grahovo (przed granicą z HR) (BiH). W końcu przekraczamy granicę i znów jesteśmy w Chorwacji. Kontrola dość szczegółowa – żądają dowodów rejestracyjnych. Po przekroczeniu granicy robimy następny krótki postój.

Jest naprawdę ciepło! Coś ze 23-24 stopnie. Zrzucamy nadmiar ciuchów. Dogania nas grupa motocyklistów. Inni w tym samym czasie przekraczają przejście w drugą stronę. Ci podążający za nami machali i pozdrawiali nas. A wjeżdżający ni cholery, buce jakieś, że ja cię pierd.lę!

Wcześniej w BiH to prawie nie widzieliśmy innych motocyklistów, może z wyjątkiem jakiś lokalersów? Czyli ktoś tam jeszcze oprócz nas jeździł we wrześniu. Wink

W ogóle ciekawa sprawa, na przykład w Chorwacji lokalersi zazwyczaj się nie pozdrawiają. Są to praktycznie, jeżeli mogę się tak wyrazić, sami zdrapkarze, na motocyklach mocno plastikowych (nie obrażając nikogo), różnej maści oszołomy ostro dające w manetę i łamiący wszelkie możliwe zakazy. Wink Za to turystyczni z różnych zakątków Europy zazwyczaj pozdrawiają się na drodze.

Ruszamy dalej. Droga nadal malownicza. Na chwilę wjeżdżamy do Knin i robimy krótki postój. Nadmienię, że ów Knin to coś jak Gniezno dla Polaków. Szybko postanawiamy kolektywnie, żeby olać tutejsze atrakcje. Ah, ta jednomyślność, która wyrażała się podczas wyjazdu również w innych aspektach naszej kooperacji, przykładowo: “- Ile kupujesz piw na dziś wieczór?”, “- Dziś tylko cztery.”, “- Dobra ja też wezmę cztery!”. Smile Ruszamy dalej nie zapuszczając się zbyt głęboko do centrum.

Po chwili Drnis i znów krótki postój – widoki nie pozwalają przejechać obojętnie. Rozmawiam trochę z czekającym na parkingu Chorwatem. Bardzo sympatyczny gość! Głównie dopytuje się o nasze motocykle. No i dzięki niemu mamy razem zdjęcie. Ruszamy dalej.

Nasza meta to kemping Barinica zaraz przed Primosten. No i w końcu o 15.30h jesteśmy wreszcie na miejscu! Miejsce znalazłem w Internecie (http://camp-barinica.com/). Właścicielem jest Robert, który prowadzi go z rodzicami. Oprócz tego nieopodal Primosten posiada kilka apartamentów.

No i tu należałoby wspomnieć, że jest to niesamowicie przyjazny człowiek. Już to, że błyskawicznie odpisał na moje mailowe zapytanie co do miejsc na kempingu, dało mi do myślenia. Zaraz przybiega do nas z krzesełkami i stolikiem. Daję młotek, żebyśmy mogli dobrze zakotwiczyć nasze namioty. Porozmawialiśmy sobie trochę. Robert całkiem dobrze mówił po Polsku – nie można było przez to za dużo poćwiczyć angola. Wink

– “Skąd jesteście, dokąd jedziecie? Też jeździłem motocyklem, ale miałem dwa wypadki! Dwa motocykle mi ukradli – w tym jeden podczas wojny w 1991. Tu macie lodówkę, ale płatną, dajcie do nas do recepcji, nic nie płacicie. Chcesz kupić nową butlę Campingaz? Po co, moi rodzice zagotują wodę, przynieście menażkę. ” – Robert jest niesamowity!

Powtarza przy tym co chwila: “- Ne ma problema! Ne ma problema!”. I widać w tym serdeczność, a uśmiech nie znika z jego twarzy. Tak samo sympatyczni są jego rodzice, którzy mieszkali w recepcji na kempingu. Prawie codziennie starsza Pani szła złowić coś na obiad. Ot tak wyciągała z wody na przynętę np. kalmara. Wink Oboje krzątali się po kempingu dbając o infrastrukturę – trzeba przyznać, że toalety lśniły czystością!

Oczywiście Robert w stosunku do innych gości był również bardzo pomocny i serdeczny, chodź wydaje mi się, że z nami jakby nieco więcej rozmawiał niż z innymi.

Po rozstawieniu namiotów i przebraniu się w lżejsze ciuchy (ochraniacze nadały się jak ulał na taką pogodę) ruszamy do sklepu po zaopatrzenie.

Po drodze zjeżdżamy na miejscowość zaraz za kempingiem. Rozmawiamy z napotkanym starszym panem. Szybki kurs chorwackiego – „Nema trgovine, dalje, dalje! Ale ne ma problema!”.

Po zaopatrzeniu się głównie w browary wracamy na kemping. Ustawiamy maszyny, zrzucamy chomąta, otwieramy browary, no i hop do morza. Wink

Daleko nie mamy, raptem kilka kroków od namiotu są schodki prowadzące na kamienną, skałkową plaże. Po prostu rewelacja! Ładne podejście do wody, a jeżowców nie jest zbyt wiele. No i od razu odpowiednia głębokość, a woda przejrzysta jak kryształ, o temperaturze pewnie sporo powyżej 20 stopni.

Szybko zapada wieczór, zatem szama, a potem uczciwie opijamy nasze szczęśliwe przybycie do Chorwacji. Zmęczeni nieco, kładziemy się dość szybko lulu.

Trasa: 258 km, 8h 30 minut, http://goo.gl/maps/XWcPT.

DZIEŃ 4 (24.09.2013, wtorek)

Mimo ogólnego zmęczenia budzimy się dość wcześnie. Troszkę zamuleni po wczorajszym melanżu nad brzegiem morza. Wink

Śniadanie. Postanawiamy ruszyć na wycieczkę. Mocuję kamerę na gmolach – coś nowego – i ruszamy. Wyjazd z kempingu to jest niezła stromizna. Zacząłem mocno wątpić, czy zmiana dyfra na dłuższy to na pewno dobry pomysł. Wink

Okazuje się, że trochę fajnych winkli jest zaraz za naszym kempingiem na drodze do Primosten. Przy zjeździe na Rogoznice jest stacja – zaliczamy ósme podczas tej wyprawy tankowanie.

Chłopaki się skarża, że Wujek (czyli ja) za bardzo zapierdal.m na zakrętach. Wink Ne ma problema! Trochę luzujemy tempo. Są przecież wakacje i mamy czas, a zakrętów przed nami jeszcze sporo. Wink

Wycieczka w kierunku południowo-zachodnim zakładała dojazd do Omis. Następnie pojechaliśmy kawałek wzdłuż znajdującego się tam kanionu. Potem zawróciliśmy na główną drogę i wbiliśmy się na górską trasę do Gata, dalej obraliśmy kierunek na Zrnovnica i ostatecznie zjechaliśmy na obwodnicę Splitu. To był niesamowita trasa! Polecieliśmy do Trogiru, podziwiając jego panoramę z trasy, a potem przejechaliśmy obok głównej bramy przy murach. Zwiedzanie? E, tam! Wink

Następnie zjechaliśmy na wyspę Rogoznica i szybciutko objechaliśmy ją dookoła. Po drodze zaliczyliśmy sklep (trzeba było uzupełnić zapasy), a na koniec wycieczki pyknęliśmy sobie foty z panoramą Primosten.

Na kempingu kolacja – podczas wyjazdu okazało się, że Flinster nie dość, że silnik złoży i rozłoży to jeszcze obiad z niczego zajebisty ugotuje! Jesteśmy z Miśkiem pełni podziwu, dla jego zdolności kulinarnych!

Makaron z sosem, parówkami, pomidorami i cebulą oraz zimne Karlovacko, a do tego wszystkiego zaraz u stóp widok na Adriatyk – mało co smakuje lepiej. Wink

Potem, przy okazji gotowania wody na recepcji, ustaliliśmy ze starszą Panią, mamą właściciela kempingu, że Flinster “to je nas kuhar”. Sie wie. Wink

Po kolacji to co zwykle w takich okolicznościach, czyli melanż – tym razem nieco dłuższy niż poprzedniego dnia. Wink

Trasa: 181 km, prawie cały dzień Wink, http://goo.gl/maps/P1RYN.

DZIEŃ 5 (25.09.2013, środa)

Tego dnia po zjedzeniu śniadania postanawiamy złapać trochę oddechu i ustalamy, że dziś robimy wycieczki tylko po okolicy. Wracamy do Rogoznicy, i jedziemy nad małe jeziorko, zlokalizowane poza wyspą obok mariny. Jeziorko jest dość ciekawą sprawą, bo powstało z przesączającej się morskiej wody. Do tego jest bardzo malowniczo zlokalizowane (jak większość rzeczy tutaj Wink).

Potem zahaczamy Primosten, obchodzimy kawałek miasteczka z buta, następnie po zakupach drobnych prezentów leżakujemy na plaży. Ja po chwili nawiązuję kontakt z kumplem Marty z pracy, który pływa po Adriatyku na czarterze. Zrywam się i jadę na spotkanie. Akurat dziś Andrzej cumuje w marinie obok. Mam okazję zwiedzić piękny pełnomorski jacht. No cudo po prostu!

Po spiciu kawy z sympatyczną załogą ruszam z mariny. Co ciekawe mam pasażera Wink. Krzysztof, którego wiozłem, w latach 80 podróżował motocyklem po Rumuni, Bułgarii i innych państwach bloku socjalistycznego. Nasza wyprawa do Chorwacji przy jego przeżyciach to małe miki. Wink Nie ma obecnie motocykla i zgadaliśmy się na taką krótką przejażdżkę. Ponieważ marina była zaledwie kilka km oddalona od miasteczka to ne ma problema!

Zanim reszta załogi dojeżdża z mariny do Primosten autobusem, udaje się nam zgrzać szluga i trochę pogadać. Żegnam się ze wszystkimi i wracam do chłopaków na kemping.

Na kempingu wieczorem jak zwykle melanż. Dziś imprezujemy z naszymi sąsiadkami. Sympatyczne dziewczyny – Ester i Nina są z Niemiec. Po skończeniu studiów postanowiły udać się na 6 tygodniową włóczęgę pożyczonym, starym kamperem. Jest to klasyka sama w sobie – Mercedes na wolno ssącym dieslu – wzbudza w nas zachwyt (chyba nawet większy niż same właścicielki Smile).

Testujemy razem „Domaczi Vino”, które właściciel kempingu z rodzicami wyrabia z własnych winogron. No i pitolimy o różnych takich tam.

Misiek gaśnie pierwszy, my wkrótce po nim po zniszczeniu wszystkich posiadanych zapasów alkoholu zalegamy w swoich namiocikach. Możecie mi wierzyć lub nie, żeby nie było – każdy u siebie, a dziewczyny w kamperze. Wink

Trasa: około 40 km, prawie pół dnia Wink, http://goo.gl/maps/T6XHO.

DZIEŃ 6 (26.09.2013, czwartek)

Wino okazuje się genialnym trunkiem, daję niezłą fazę, a następnego dnia nie ma po nim prawie żadnego kaca!

Dziś jest dzień serwisowy. Szumy u Flinstera nasiliły się. W końcu diagnoza pada na nowy-stary ślimak napędu prędkościomierza. U Miśka rutynowe sprawdzenie świec. Potem chłopaki robią synchro. Jest gitara! Ja tym razem powstrzymuję się od grzebania. Wink

W międzyczasie dziewczyny żegnają się z nami i opuszczają kemping. A z nas to pipy kompletne, nawet zdjęcia sobie razem (z Mercedesem) nie zrobiliśmy! Wink

W końcu ruszamy w trasę. Dziś na początek planujemy zaliczyć jakieś szutry, których jest tu całkiem sporo – tak wynika z mapki okolicznych szlaków rowerowych. Otrzymaliśmy ją na początku naszego pobytu. Flinsterowi udaje się znaleźć szutrową drogę odbijającą przy Primosten z głównej magistrali stromo w górę. No nic, ciśniemy. Jest fajnie, ale jednak cykor mnie oblatuje chwilami. Flinster zapierd.la, Misiek z racji doświadczenia na enduro i posiadanego sprzętu praktycznie leci nad drogą! Ja trochę wolniej, ale jakoś tam się turlam. Wink Po chwili wypadamy na asfaltówkę. W dole niesamowicie kręta droga. Jednak nie mamy wystarczająco dużo czasu, żeby ją obkminić.

Chłopaki chcą na plażę i trochę odpocząć, a ja mam jeszcze plan skoczyć na wyspę Muter i odwiedzić “stare śmieci”. Zaliczamy wspólnie jeszcze jedną szutrówkę i rozstajemy się. Ja lecę na Murter. Na wyspę prowadzi fajny mostek. Widoki w tej okolicy całkiem, całkiem. Po zaliczeniu miasteczka Muter udaję się nad Vransko Jezero.

W skrócie napiszę, że jest to taki chorwacki Balaton. Wink Tu jadę wzdłuż brzegu początkowo asfaltową dróżką. Ale na skrzyżowaniu asfaltówka zmienia się nagle w szutrową drogę. Jechać, nie jechać? A, dobra jadę. Ha, zatem znów trochę emocji. Jadę, jadę, jadę i nic. Żywej duszy nie widać.

Robota idzie lepiej niż parę godzin temu. Ale wolno, bardzo wolno. Ile jeszcze zostało do przejechania zanim znów pojawi się asfalt? Pojawiają się głupie myśli – a jak się wypierd.lę, i mnie VX przygniecie tak, że nawet po słuchawkę nie dam rady sięgnąć, to co wtedy? Zgnijemy tu razem na tym szutrze ja i on.

Po jakimś czasie spotykam kilku ludzi stojących przy samochodzie. Jak daleko do asfaltu pytam? „- Da, da, magistrala je 1 km.”. Ok, to gitara, przepuszczają mnie (dość wąsko było) i turlam się dalej. No i jest magistrala, a na niej asfalt – mała rzecz a cieszy! Daję w manetkę i po chwili jestem na opłotkach Pirovac. Odwiedzam kemping, gdzie 9 lat temu spędziłem kilka dni z Martą. Ho, ho, trochę się tu pozmieniało od tego czasu.

Wracam na główną drogę i jazda! Po około 1,5h na kempingu. Po drodze zaliczyłem jeszcze zakupy.

Micha, a potem – zgadnijcie co? – melanż! Jutro co prawda wyjazd, ale co tam. Ponieważ, co już organoleptycznie ustaliliśmy dzień wcześniej, wino nie dawało efektów ubocznych, daliśmy ostro w palnik. Było wesoło, oj wesoło. Zielona noc pełną gębą, ot co!

Trasa: około 183 km, prawie cały dzień Wink, http://goo.gl/maps/i0ezl.

DZIEŃ 7 (27.09.2013, piątek)

Budzimy się w miarę wcześnie. Powoli pakujemy klamoty. Nie chcę nam się wyjeżdżać, oj jak bardzo nie chcę! Ostatnia tutaj kąpiel w morzu (i pod prysznicem).

Ubieramy chomąta, żegnamy się z Robertem i jego rodzicami. Wspólne foto. W końcu ruszamy około 12h.

Stan licznika: Grebastica, 47712 km.

Pogoda dziś za chmurką co akurat nas cieszy, bo nie ma skwaru. Pierwszy dzisiaj, króciutki postój to tylko 9. tankowanie, na stacji przed Sibenik. Drugi krótki postój robimy w Skradin, pamiątkowe fotki przy moście. Jadąc tam zaliczamy piękne winkle.

Droga coraz fajniejsza, w oddali i wokół nas Góry Dynarskie, widoki jak fototapeta, do tego niesamowite zakręty, podjazdy, zjazdy. No po prostu poezja!

Trzeci krótki postój wypada nam gdzieś w okolicach Benkovac na drodze nr 27 (HR). Robi się słonecznie. Czwarty nieco dłuższy postój, w niesamowitej miejscowości Obrovac, droga nr 27 (HR).Obalamy po browarku, oczywiście to je ne alkoholne pivo. Wink

Piąty krótki postój na foty zaraz za miasteczkiem, piękna rzeka z lazurową woda płynąca w głębokim kanionie, nie pozwala nam przejechać obojętnie.

Potem to samo co pomiędzy drugim i trzecim postojem tylko 5x. Wink

Zjeżdżamy na drogę krajową nr 1. Po chwili pogoda nieco się psuje. Robi się szaro i chłodno. Deszcz póki co nie pada. Szósty krótki postój robimy przed Plitvickie Jezera, przy charakterystycznym zajeździe Winetou.

Siódmy krótki postój i dziesiąte tankowanie przed Plitvickie Jezera, stacja na drodze nr 1 (HR), przy tej okazji dolewka oleju 0,2l. Ósmy krótki postój gdzieś na trasie nr 1. Kolejny dłuższy postój i szama gdzieś przed Sisak na małej stacji. Jest dość chłodno. Krajobrazy górskie ustąpiły nizinnym, chodź zdarzają się pagórki i zakręty. Małe wioski przy tej aurze sprawiają przygnębiające wrażenie. Szaro, pusto i głucho.

Po iluś tam jeszcze zrobionych km zaczyna kropić się deszcz. Wskakujemy w ciuchy przeciwdeszczowe. Jest ciemno, mokro i zimno. Wzmagamy naszą czujność na drodze o ile jest to jeszcze możliwe. Co gorsza wpadamy w ciąg wioch i remontowanych odcinków asfaltu. Tak więc jedzie się dość słabo. Kolejny postój przy autostradzie, krótka dyskusja co dalej, czy jedziemy, czy śpimy.

Mam upatrzoną stację na krótkim fragmencie autostrady, który pasuję nam zrobić, żeby ładnie wybić się na miasteczko Kutina (HR), które leży na naszej trasie do granicy z Węgrami. Decydujemy, że walimy na autostradę. Stacja była na mapie mojej i Flinstera (dwa różne atlasy). Na autostradzie też była, tyle, że zamknięta na głucho tzn. nie czynna!

Co za cholera! Wypadamy następnym zjazdem przed Kutiną (HR). Na bramkach fajny, rozmowny gość. Bez przekonania szukamy miejscówki na postój i szamę.

Nadal trochę kropi, ale zasadniczo deszcz ustąpił. Przemieszczamy się w kierunku widocznych nieopodal świateł. Okazuje się, ze to jest początek miasta Kutina (HR) i po prawej znajduje się mała stacja, a po lewej market. Walimy na parking przy markecie. Ruch mały, zresztą zaraz zamykają.

Deszcz ostatecznie się uspokoił. Szamy chyba nawet nie robiliśmy, przygotowujemy obozowisko i kładziemy się lulu. Po pewnym czasie, pewnie koło 24h, na parkingu wyłączają nawet światło – zupełnie jak na zamówienie.

Trasa: 398 km, 11h, http://goo.gl/maps/lzhoV.

DZIEŃ 8 (28.09.2013, sobota)

Jest dość chłodno, chodź na termometrze było chyba około 10 stopni? Nie pamiętam już. Na stacji ciągły ruch, hałasy. Słabo przez to śpimy. W końcu szarówka.

Startujemy około 5.30h. Pierwszy postój i jedenaste podczas tej wyprawy tankowanie robimy w okolicach Vitrovica (HR). To już prawie granica. Tutaj szama przy stoliczkach zamkniętego baru (jest przed 8h). Przekraczamy granicę bez problemów. I po Chorwackiej i po Węgierskiej stronie dokumenty sprawdzają młode, ładne dziewczyny. Chłopakom o mało głowy się nie urywają od odkręcania. Wink

Lecimy węgierską krajówką. Trasa w miarę, droga szeroka, asfalt jako taki, chodź gorszy niż w Chorwacji. W końcu autostrada M7 i drugi krótki postój, który robimy na stacji. Jesteśmy praktycznie na początku (lub końcu jak kto woli) Balatonu (H).

Wychodzi Słońce. Robi się przyjemnie, chodź nadal dość chłodno. Trzeci krótki postój robimy nad samym Balatonem. Fotki pyknęliśmy w jakiejś miejscowości do której na chybił trafił zjeżdżamy z autostrady. Zwiedzamy coś jeszcze? Nieee! Na banę i jazda do domu!
Czwarty krótki postój i dwunaste tankowanie wypada na M7 gdzieś przed Budapesztem (H). W miarę szybko (mimo chwilowo zwieszonej navi) przeskakujemy miasto.

Dzida do granicy póki jasno i jest pogoda. Piąty dłuższy postój i szamę robimy na nieczynnej stacji zaraz za dawnym przejściem granicznym w Sahy (SK). Kolejny krótki postój i trzynaste tankowanie wypada na stacji za Zvolen na R1 (SK). Wracamy tą trasą szybkiego ruchu, czyli nieco inaczej niż lecieliśmy do CRO, co by czasu zaoszczędzić. I następny krótki postój i herbatka, znów przy Martin (ta sama stacja co w drodze do CRO). W końcu jest Cadca (SK). Zaczyna się kręta trasa do Skalite. No i wreszcie przekraczamy granicę z Polską!

Znów Zwardoń. Ciemno, zimno (około 2 stopnie), do tego kropi. Robimy króciutki postój i czternaste tankowanie w Węgierskiej Górce. Kolejny krótki postój w Żywcu, postanawiamy szukać zajazdu, co by się ogrzać i pomyśleć czy jechać dalej, czy też spać. Pierwszy zajazd okazał się słaby. Drugi całkiem spoko. Robimy dziesiąty dłuuugi postój, jesteśmy gdzieś niedaleko za Żywcem.

Niestety pojawiają się straty w sprzęcie. Otóż to przy okazji stawiania moto na centrala spektakularnie kładę go na prawy bok. To byłby ogólnie luzik, ale obok był jeb.ny murek z kamieni, no i efekty są – rysy na ladze – odcinek współpracujący z uszczelniaczem. Wiadomo o co chodzi…

Wgnieciony bak przełknąłem bez mrugnięcia okiem, ale to?! Co za gn.j! Jasny ch.j mnie wtedy strzelił! Dałem upust swojej złości stekiem b. soczystych przekleństw! Po kilkudziesięciu siarczystych wiązankach uspokajam się w końcu. Chłopaki pocieszają jak mogą. Trudno, ku.wa mać, lubię swój motocykl, ale to przecież tylko maszyna. Połata się siakoś lub kupi nowe części i wymieni. Szkoda tylko, że tak głupio to się stało. I na nic tłumaczenie, że zmęczony, że ciemno i nierówno. Dupa z rączką ze mnie i tyle. Chorwackie szutry nie pokonały VX’a, a położyłem go ja sam na jakimś zapyziałym parkingu w PL…

W końcu siadamy w ciepłym zajeździe. Zupa, potem kawa, pizza i kolejna kawa ostatecznie poprawiają mi humor. Najważniejsze, że nie ma strat w ludziach, przecież póki co cali i zdrowi kontynuujemy naszą wyprawę.

Łapiemy na tym postoju trochę oddechu i około 23 próbujemy jechać dalej. Jak ktoś poczuje się słabo ma dawać znać. Na szczęście nie pada.
Po niecałej godzince mamy dość. Jednogłośnie wybieramy na postój pierwszą lepszą stację.

Jest to zaraz za zjazdem na Tychy. Instalujemy motocykle na parkingu i robimy dach z pokrowca. Flinster zostaje w śpiworze. Jak się potem okazało dogrzewał się wewnętrznie grzdylami zakupionego na kempingu domowego wina. Wink My z Miśkiem testujemy na stacji herbaty świata. Po jakiejś godzince testów i rozmowie z miłymi Paniami z obsługi spadamy lulu.

Trasa: 758 km, 18h 30m, http://goo.gl/maps/abhdY.

DZIEŃ 9 (29.09.2013, niedziela)

Wstajemy około 6h. Hm, jakie ładne te motory, co tak na nich pięknie lśni? Oh, to przecież tylko lód i szron! No tak, to Polska, uf, wszystko w porządku. Trudno się zresztą temu dziwić, wskazania termometru oscylują pomiędzy -0,7 a -0,2 stopnia. Ale co by tam nie mówić, tym razem spało się wyjątkowo dobrze i wcale nie było zbyt zimno.

No nic to. Zwijamy bazę i przepychamy (dobre dla rozgrzewki) motocykle pod wejście stacji. Tam znów testy kawy i herbaty. Czekamy, aż przymrozek odpuści i asfalt będzie czysty. W międzyczasie całkiem długa pogawędka z sympatycznym Panem Policjantem, który na DL-650 przemierzył w tym sezonie Rumunię i Ukrainę. Fajna sprawa!

W końcu odpalamy dryndy co by je rozgrzać przed drogą. Koło 8h ruszamy, początkowo jest fajnie, ale tylko przez chwilę, bo wpadamy w mgłę. Miejscami jest naprawdę słabo, bo nic nie widać. A większość kierowców nie wie, że w samochodzikach jest coś takiego jak tylne światła do jazdy we mgle. Przy tej okazji dochodzę do wniosku, że w motorkach też by się przydał taki wynalazek.

Jak się zapierd.la to można się zdziwić i kuku sobie zrobić! My tak czy siak jedziemy dość grzecznie, co by się na dzień dobry nie schłodzić za bardzo.

Jeżeli o mnie chodzi to jest gitara, chodź trochę marzną mi dłonie. Resztę załatwiają ciuchy i przeciwdeszczowy kondomik. Chłopaki też narzekają na marznące dłonie. Podgrzewane manetki? E, nie da rady, one psują przecież wygląd. Wink Ze względu na zimno co chwila postój, wtedy rękawice od razu na silnik i potem przez chwilę po ruszeniu jest komfortowo.

Robimy dłuższy postój, nie pamiętam już gdzie. Szama – chińskie są niezawodne w takich okolicznościach. Gawędzimy z kierownikiem co podjechał dużym SV. Generalnie inni ludzie jakość dziwnie na nas patrzą, hm ciekawe czemu? Byli też tacy co troskliwie pytali – nie za zimno na motor? E, tam, nie znają się.

Mgła trochę ustępuje. Lecimy dalej. W końcu Łódź. No i 15. tankowanie za Łodzią, przed samym A1. Tutaj robimy dłuższy postój i do tego szama. Zerujemy zapasy.

Lecimy dalej. Trochę jest tej autostrady nawet. W końcu Toruń. Kolejny postój i szesnaste tankowanie już za Toruniem. Według navi zostało równo 200 km do mojego domu. Wink Nie mam już zdrowia, ni siły dłużej prowadzić. Misiek przejmuje stery. Ciśnie aż się kurzy. A było gadanie, że Wujek w Chorwcji zapierd.la!

Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Na powrocie droga dłuży się nam nadzwyczajnie i do tego nuda jak ch.j! W końcu jest Pruszcz i zaczyna się obwodowa. Jest i Matarnia. Zjeżdżamy na naszą stację gdzieś koło 19h.

Następują pożegnania, lamenty i ostatnie wyznania wzajemnej miłości do siebie samych i naszych wiernych maszyn. Potem chłopaki spadają na Wrzeszcz, ja walę na Gdynię. Najpierw do Marty, a potem po kilku rozgrzewających całusach do garażu. Tam szczęśliwie cumuję około 19.30h, gdzie zostaję wkrótce przechwycony przez moich rodziców i siostrę.

Trasa: 606 km, 11h 30m, http://goo.gl/maps/WOsXX.

Stan licznika: garaż, 49 493 km.

No i co teraz będzie? Może Elefantentreffen? Wink

***** PODSUMOWANIE *****

TRASA: 3 975 km

ŚREDNIE SPALANIE: 4,71 l/100km

ZUŻYCIE OLEJU: około 0,65l

ZUŻYCIE OPONY PRZEDNIEJ: było 3 mm bieżnika i jest nadal 3 mm Wink

ZUŻYCIE KLOCKÓW PRZEDNICH: może z 0,5 mm Wink

KOSZT (nie zawiera ubezpieczenia turystycznego, ubezpieczenia assistance, oleju): około 1 370 zł

***** FOTORELACJA ******

VX’em na Bałkany – Bośnia i północna Dalmacja – 2013

***** FILMY *****

Poniżej link do krótkiej kompilacji filmów z całego wyjazdu. Wink

Chorwacja, odcinek Węgry – Bośnia. Fajne zakręty. Wink

Bośnia, Banja Luka. Malowniczy zachód Słońca.

Bośnia, droga Banja Luka – Jajce. Poszukiwanie noclegu. Wink

Chorwacja, Kanjon rijeke Cetine.

Chorwacja, okolice Primošten. Kręte dróżki. Wink

Chorwacja, okolice Primošten. Szutry.

Chorwacja, Góry Dynarskie. Świetna, kręta, górska droga. Wink

Chorwacja, miasto Sisak. Jazda w deszczu.

Polska, południe kraju. Gęsta mgła.

Mam jeszcze tego sporo, ale myślę, że to co tu zapodałem daje jaki taki ogląd jak wyglądała nasza trasa.

Życzę wszystkim miłego oglądania. Wink

2 komentarze do “VX’em na Bałkany – Bośnia i północna Dalmacja – 2013”

  1. Z punktu widzenia mojego:

    Dzień 1 – wyjazd. Ku.wa coś zimno, na południu będzie lepiej znaczy cieplej. Jest stacja 6 rano, wszyscy są ogień. Griba mówi dawajcie autostradą, trochę czasu zaoszczędzimy (to pewnie przez to, że się spóźnił 15 minut). Ok, dzida. Polska szybko minęła, zaczęły się jakieś odpadki gór, trochę mgły i jesteśmy w Żywcu. Dokąd dziś dojedziemy? Nawet ch.j nie wie. Słowacja, śmieszny kraj, jakieś wiochy, cisza, spokój. Nawet ładnie miejscami. Nie ma co tu szukać. Ciemno się robi. Piz.da w manetę. Po ciemaku mijamy ciekawszą część Słowacji i trafiamy na stacje Shell’a gdzie mamy spać. Jest biednie, mam jedno piwo a Flinston ćwiartkę. Jak informuje Pan Prezes Griba, ten zacny widok, który mamy za stacją w dole, to Budapeszt. – Jak już?! – A tak. Dobranoc.

    Dzień 2 – mokry ranek. 6 stopni, ale w nocy dało rade spać. Opindalamy na szybko Budapeszta i robi się 20 stopni. Suszymy graty, jemy pyszny pasztet z PL, rura dalej. Wjeżdżamy w ogryzek Chorwacji aby dostać się do Bośni (wszystko kontroluje na mojej zajebistej mapie z lotosu na której są kraje i stolice 😀 a reszta jak Ci Griba dorysuje ) Bośnia jest trochę jak Polska, albo jak Rosja, albo jak to i to – strach się bać. Spindalamy górskie drogi po ciemku 30/40 km/h, w porywach do 80. Zgodnie stwierdzamy że dalej nie ma sensu, kima na stacji pod dryndami.

    Dzień 3 – ładnie tu. 4 stopnie (myć się nie trzeba), poranny wf (pompki na ławce) i herbata. Widać góry. Ruszamy, miejscami się podniecamy. Cieszy nas widok starych aut których jest tu sporo. Po paru godzinach jazdy po górach 25 stopni dupa płynie, trzeba się rozebrać – w końcu! Po południu wpadamy na kemping, jest zajebisty, ludzie zajebiste, woda zajebista i piwo najzajebistsze. Stawiamy namioty, obok maszyn i dzida do wody czy odwrotnie. Wieczorem przyjeżdża kilka kamperów, w sumie sami pozytywni ludzie.

    Dzień 4 – dupo wybacz. Wyspałem się, a co gorsza dałem się namówić na jeżdżenie po okolicy. Omiś – dobre miasteczko, plaża, widoczki samoloty koło głowy latają, dupeczki się opalają. Wszystko pięknie, ładnie ale ile można jeździć Panie Griba?! Powrót na kemping, w nagrodę kufer zimnego piwa. I tak w sumie resztę dnia morze piwo, może i piwo. W nocy w granicach 16 stopni, czyli lux.

    Dzień 5 – nie jeżdżący – miał być. Żeby było sprawiedliwie pojedziemy ale blisko. Primosztej – plaża, trochę spaceru po ,,starówce?”. Trochę szutrami pojechali z Flinstonem do sklepu po piwo, nawet da się jechać. Jutro to zbadamy za dnia bo i Griba ma smaka. Wieczór standard słona woda / zimne piwo. A i wino odkryliśmy u właścicieli za 3 Euro litr, kopało a bólu głowy nie zostawiało – “ne ma problema”.

    Dzień 6 – synchro – jest idealnie. Jedziemy na szutry? Jedziemy. Fajna sprawa – ale nikt się nie wyjeb.ł. Wieczór jak dwa poprzednie, może trochę delikatniejszy, bo toć jutro trzeba wracać w stronę domu gdzie czeka mandat i praca której nie ominiesz szutrami…

    Dzień 7 – burdel. Rano się kręcimy, trochę zwijamy, trochę marudzimy. Ruszamy powoli na północ, pogoda się pi.rdoli, jakiś deszcz sra z nieba. Zrobiliśmy niecałe 400 Km i padliśmy na parkingu pod Kałflandem – lepiej spać na stacjach benzynowych.

    Dzień 8 – jeleń? sarna? kuwa łoś? 5 rano dochodzimy do wniosku, że nie ma co tu pindolić trzeba jechać. I tak cały dzień, całe 14 godzin, motóry nie robią problemów aż nudno do momentu ,,Restauracji Wyjebany VX”, dzieś na południu naszego kraju. Griba zalicza pecha. Jemy zupę, grzejemy łapy i jedziemy powoli dalej ale nie za daleko. Jakiś duży zwierz stoi przy drodze, aż się ciepło zrobiło. Decyzja idziemy spać na pierwszej lepszej stacji. Lotos koło Katowic – całkiem dobrze trafiliśmy. Sympatyczne Panie z obsługi, Griba nawiązuje dialog odnośnie naszej wyprawy. Temperatura spada do 0, Flinston smakuje wino pod śpiworem na parkingu, a ja podniecam się ciepłą wodą w kiblu. Spać.

    Dzień 9 – ostateczny. Rano w sumie mgła, więcej nie widać bo jest mgła, pół dnia. Dzida, pizda, ogień. Dupa boli, ale dziś nie ma nic do gadania. Zmieniam Gribe na prowadzeniu (w końcu tu chyba źle nie skręcę) i dopindalamy do GD. Ta sama stacja, buzi buzi. W domu przed dobranocką. Kwas.

    Tydzień minął, zapas wina z Chorwacji się skończył. Jest chu.owo, jest problema.

  2. Dobry!

    Dla osób bardziej wnikliwych i napalonych na takową wyprawę opiszę jak według mnie jeździ się po tychże krainach.

    POLSKA? Super!

    SŁOWACJA? Nuda.

    • drogi stare, trochę dziurawe i nie równe (po Polsce to najgorsze na jakich jechałem) – pomijając autostrady i drogi szybkiego ruchu które są bez zarzutu,
    • krajobraz górzysty, podobny jak w polskich górach, lecz dużo mniej zabudowań,
    • dużo niezagospodarowanego terenu, gdzieniegdzie jakieś śmieci, grafiti, i inne takie lecz wydaje mnie się trochę być czyściej,

    • MANDATY – podobno duże problemy są z przekraczaniem prędkości i mandatami za to (50 euro to w końcu to prawie 20 litrów pysznego chorwackiego wina), Policja gdzieniegdzie stoi (nawet w nocy), ale mimo to niedowartościowanych gamoniów tam nie brakuje, którzy na zakręcie cie wyprzedzają czy na 60-tce jadą dosłownie 160 km/h, trzeba patrzeć często w lusterka,
    • czasem może korzystniej czasowo i finansowo wyjść jechać na około autostradą, niż co paręnaście kilometrów zwalniać do 50 km/h bo jakaś mieścina, a wyłapać mandat w tych miejscach łatwo.
    • drogo ! paliwo ok. 1,6 Euro, czyli drożej niż w Niemczech

    Ogólnie dupy nie urywa. Może warto by się przejechać na weekend zobaczyć, ale tylko w góry w poszukiwaniu dobrych winkli.

    WĘGRY? Może być.

    Zaczyna pachnieć ciepłym klimatem, trochę inni ludzie, domy, krajobrazy. Gdzieniegdzie rośnie w ogródku papryka czy pomidory. Ale to też zależy gdzie. Bocznymi drogami jedzie się wolno – dużo mieścin z ograniczeniami do 30 km/h. Autostrady płatne, ale za to nowe i zadbane; przyjazne parkingi z kiblami, ławkami, stołami. Trzeba uważac na Cyganów – podobno kradną na potęgę.

    • krajobrazy jak u nas: lasy, pola kukurydzy, jeziora – szału nie ma,
    • drogi w miarę równe,
    • ceny wydają się być korzystne,
    • ludzie w mniejszych wiochach żyją dosyć biednie, gdzieniegdzie syf, rudera, pijaczek, kundel. A w Budapeszcie dużo żebraków, bezdomnych, aut, ludzi i kolein. Jak to w dużym mieście przystało.

    Droga od granicy ze Słowacją do Budapesztu fajna, szybka, równa, ciekawe widoki – coś się dzieje. Wzdłuż Balatonu droga wolna i nieciekawa, jedzie się mieścinami, a jezioro widać tylko chwilami. Pod Balatonem jechało się beznadziejnie. Droga z Budapesztu w kierunku Pecs, a potem na graniczne miasteczko Donji Miholjac dużo ciekawsza.

    Górna Chorwacja? Może być.

    Trochę cieplej, inne domy, ludzie, znaki, sklepy. Zaczyna się robić fajniej, ale nadal zalatuje Węgrami, a chwilami nawet Polską.

    Bośnia? Jazz!

    Nizina (Slawonski Brod – Banja Luka) – kraj bardzo biedny, dużo stacji benzynowych, sklepików, ruin, i duuużo niezagospodarowanych zachaszczonych przestrzeni. O dziwo drogi dosyć równe, no ale przez ograniczenia jedzie się dosyć wolno. Bardzo dużo starych aut – Mercedesy dostawcze i osobowe, Golf I i II oraz wszystko inne – auta stare ale bez rdzy, w miarę, wydawałoby się, zadbane.

    GÓRY (Banja Luka – Jajce – Bosanski Petrovac – Bosansko Grahowo)

    REWELACJA. Tutaj zaczyna się jazda. Praktycznie cały odcinek idzie przez góry, widoki godne, drogi równiutkie, winkle rewelacyjne – dużo serpentyn, czasem jadąc 30 km/h kolana ściskały bak ze strachu jakby chciałby go zmiażdżyć. Człowiek tam uczy się dopiero jazdy, poznaje swoje i motocykla możliwości. Najlepszy odcinek według mnie był gdzieś pomiędzy Bosansko Petrovac a Bosansko Grahovo. Polecam do jazdy tylko w dzień i nie w deszczu.
    Taką trasę po górach, mimo że ma dosyć mało kilometrów, jedzie się pół dnia. Ale warto!!!

    Chorwacja? Ogień!

    Chorwacja niżej i bliżej morza wygląda dużo przyjaźniej. Dużo gór z winklami podobnymi do Bośni. Suche, piaszczyste i kamieniste przestrzenie, sady winorośli (prawie przed każdym domem stoi wór winogron z napisem na sprzedaż). Ludzie uśmiechnięci, nie śpieszą się, pomocni, zaciekawieni. Trochę jezior, rzek. no i te morze z błękitną wodą i egzotycznymi stworami.

    Klimat całkowicie inny niż w Bośni czy górnej Chorwacji. Jest bardzo ciepło, nawet w nocy, woda w morzu idealna.

    Wino domowej roboty wyśmienite, w dodatku nie boli po nim głowa i nie psuje się jak te sklepowe. Piwo dosyć dobre, nawet te w litrowych plastikowych butelkach.

    Ceny według mnie niskie, za podstawowe rzeczy w spożywczaku płaci się prawie tyle co Polsce, chwilami nawet taniej, więc nie warto brać wielkich zapasów.

    Więcej mi się nie chce pisać. Piszę z pamięci i tylko tak jak mi się wydaje być więc MOGŁEM SIĘ POMYLIĆ!

    W każdym razie polecam każdemu wycieczkę nad Adriatyk i w bośniackie góry – całkowicie nowe przeżycia i widoki których jak bardzo by się nie chciało to siedząc w Polsce się nie uświadczy.

    Dzięki wielkie mym kompanom za zajebistą wycieczkę i czekam na następną!!!

    A tym co się zastanawiają nad zakupem nowej kanapy do salonu, radzę schować kasę w skarpetę i zapisać się na następny sezon na wyjazd u kierownika Griby.

Możliwość komentowania jest wyłączona.