Transalpina

11 dzień, środa, 07-06-2017

Zbieramy się bez pośpiechu. Żegnając się z właścicielem kempingu, dowiaduję się, że jest z Holandii. To może tłumaczyć nadzwyczajny porządek, który zastaliśmy w tym miejscu. 🙂

Ruszamy! Trasa na tym odcinku nie oferuje nic ciekawego. Za Sibiu robimy sobie przerwę na tankowanie i kawę w barze przy stacji.

W międzyczasie dzwonią chłopaki z Larssona, że jest dla mnie zestaw naprawczy do przednich zacisków Transalpa, który zamówiłem już spory kawał czasu temu. Tak, niech to, miał być do odbioru PRZED wyjazdem, bo już dawno chciałem ogarnąć temat hamulców.

Z drogi E81 skręcamy w DN67, a następnie DJ106E. Zaczynają się winkle. Nie spieszy nam się, jadąc spacerowym tempem podziwiamy okoliczne widoczki.

Na mijance (jakieś prace drogowe) przybijam w ruchu piątkę dzieciakowi bawiącemu się przy drodze, powodując u niego i bandy jego kolegów niekłamany zachwyt. 🙂

Najpierw zjeżdżaliśmy w dół a teraz pniemy się w górę. Po jakimś czasie trafiamy na spory parking z wygodnymi ławeczkami. Chwila przerwy na fotki, bo widok z tego miejsca był godny. 🙂

Jeszcze kilkanaście kilometrów i dojeżdżamy do celu naszej dzisiejszej podróży – miejscowości Dobra.

Pensjonat „Silva Dobra” w którym Marta zarezerwowała miejsce przez booking.com okazuje się super! Dodatkowo jesteśmy chyba jedynymi gośćmi.

Rozpakowujemy się. Ogarniam co nieco motocykle. W DL’u sprawdzam zębatkę zdawczą i poprawiam naciąg łańcucha. Mam dwóch pomocników – rumuńscy chłopcy dopytują się co robię. Jak umiem tak im tłumaczę. 🙂

Zaczyna kropić deszcz. 🙁 W popłochu zwijam graty. Do sprawdzenia mam jeszcze przednie hamulce w Transalpie. Wygląda na to, że nie do końca odbija jeden z zacisków. Dlatego właśnie przed wyjazdem zamawiałem wspomniany już zestaw naprawczy. 🙂 Yasiu pomaga mi ogarnąć się pod wiatą.

Zdejmuje felerny zacisk i wysuwam tłoczki ile się da. Czyszczę je, ale jak się później okazuje na niewiele się to zdało. Jechać można, tarcza na szczęście prawie się nie grzeje.

Jest wcześnie, ale wczorajsza prognoza pogody zaczyna się sprawdzać. Gdy ruszaliśmy świeciło Słońce, a teraz zbierają się coraz gęstsze chmury, a deszcz przybiera na sile.

Na szczęście mamy plan awaryjny! Obok pensjonatu jest restauracja. No to czas na piwo i jakiś obiad. Od Pań z kuchni dowiaduję się, że trzeba brać co jest. 🙂

Czekając na nasze zamówienie poznajemy sympatyczną ekipę rowerzystów z Polski. Podziwiamy ich – my odkręcamy manetkę i już, oni muszą się nakręcić, żeby gdzieś dojechać. A przebiegi dzienne robią wcale nie wiele mniejsze niż my. 🙂

Po późnym obiadku sjesta, a potem mały melanż w świetlicy no i lulu.

12 dzień, czwartek, 08-06-2017

Wstajemy rano. Niebo zasnute chmurami. Pada, nie pada. Jak nie pada to leje. I tak w kółko. Prognoza mówi, że jutro będzie słonecznie. A zatem zasłużony dzień odpoczynku. Nie ma sensu robić Transalpiny w deszczu.

Jedziemy z Yasiem do sklepu po zaopatrzenie. Ruszyliśmy, gdy nie padało, a wróciliśmy w deszczu. Ale opłaciło się, możemy imprezować dalej. 🙂

13 dzień, piątek, 09-06-2017

Wstajemy wypoczęci. Ostrożne spojrzenie za kotary – faktycznie, prognoza się sprawdza – nie pada! Super!

Dziś naszym celem jest Transalpina. Docelowo chcemy dojechać do Novaci, gdzie mamy zarezerwowany kolejny nocleg.

Spożywamy śniadanie korzystając z resztek wody, bo z powodu ulew nawaliła stacja pomp gdzieś tam w górach. Tyle to zrozumiałem po rozmowie z Panią z obsługi pensjonatu.

Gotowi do drogi. Można ruszać!

Zaraz, zaraz! Najpierw jednak trzeba było się spakować. 🙂

Wyjechaliśmy na drogę i… A co to? Zakonnica na rolkach?! No tak, to Rumunia! Tutaj wszystko jest możliwe. 🙂

Z DJ106E skręcamy w lewo na DN67C no i zaczyna się Transalpina!

Byliśmy tu z Yasiem już dwa razy. Za każdym razem, gdzieś tam na kolejnym kilometrze, chwytały nas deszcz i mgła. Tym razem aura nam sprzyja. Wypadało się wczoraj i pogoda jest bajkowa!

Winkle, winkle i jeszcze raz winkle! A to przecież dopiero pierwsza część trasy. 🙂

Marta jest tu pierwszy raz i wygląda na to, że jej się podoba!

Dojeżdżamy do skrzyżowania dróg – DN67C z 7A. Za chwilę będziemy mijać dobrze nam znaną, charakterystyczną tablicę.

Zatrzymujemy się na chwilę w przydrożnym barze.

Pan serwujący kawę był zachwycony moją rumuńską elokwencją. 🙂 No ładnie – chyba rabat nawet dostaliśmy za moje wyczyny językowe. A Włosi, którzy po nas przyjechali chyba nie dostali upustu, bo coś tam się nawet burzyli, że za droga ta kawa. Kto wie, być może to dlatego, że po rumuńsku nie mówili. 🙂

Ruszamy. Zdjęcie przy tablicy informacyjnej. Ciekawe, że widać na niej jakieś napisy w tle, których normalnie nie dało się dostrzec.

Pracowicie wspinamy się na przełęcz…

…co chwila robiąc postój na zdjęcia. A jest na co popatrzeć!

Niekiedy zdarzają się dodatkowe, niespodziewane atrakcje, jak to kamienne serce ułożone przez kogoś przy drodze. 🙂

Chwilami mamy wrażenie, że wylądowaliśmy na innej planecie. 😛

W końcu jesteśmy na szczycie!

Eksploruje DL’em szutrowo-błotną drogę prowadzącą na szczyt pobliskiego wzniesienia. Widoki zapierają dech w piersi…

Można by je było podziwiać bez końca… 🙂

 Trzeba jednak wracać na szlak. Transalpina czeka!

Jedziemy dalej w kierunku miejscowości Rânca i Novaci.

Zaczyna się zjazd w dół.

Za Rânca natrafiamy na drodze na kilku wariatów w czterech kółkach. Później okazuje się, że jutro na tym odcinku Transalpiny odbędą się jakieś wyścigi. Nie wróżę dobrze uczestnikom zawodów, jeżeli nie potrafią utrzymać pojazdu na swoim pasie…

Novaci. Jest i nasz dzisiejszy nocleg – Pensiunea Casa Andreea. Parkujemy i rozpakowujemy graty.

I znów zadziałała magnetyczna siła VX’a. A może to jednak chodziło o magnetyzm Yasia? 🙂

Ja też mogę liczyć na zdjęcie, ale z właścicielką pensjonatu i jej mamą.

Doamnă, multumesc pentru ospitalitate! Avem adăugat adresă dumneavoastra pe hartă aici. Salutări din Polonia!

Od męża właścicielki dostajemy talerz pysznych czereśni z własnego ogrodu. 🙂

Mamy czuć się jak u siebie. Dom, kuchnia i wiata ze stołem są do naszej dyspozycji. A jeśli kupimy mięso, to Pani zrobi nam kotlety i usmaży na grillu. Super! 🙂

Zakupy się udały, chodź kawałek musieliśmy się przejść, żeby znaleźć sklep. Oprócz piwa, mięsa na grill i innych smakołyków dostajemy salami “spod lady”. Pani w sklepie wyraźnie nam odradziła wybrany przez nas produkt i pokroiła inny kawałek. 🙂

Po dłuższej chwili oczekiwania danie główne jest gotowe!

Możemy zasiadać do kolacji.

Dziś przyszedł czas na podsumowanie naszej wyprawy. Jutro rozstajemy się z Yasiem, który musi wracać do Polski. Niestety dosiada się do nas sympatyczny, ale mocno gadatliwy ziomal (jeden z rajdowców), który również spędza w naszym pensjonacie noc. Czas szybko płynie i z podsumowania nic nie wychodzi. 🙁


Kolejny wpis
« »
Poprzedni wpis
« »