Nikt nie mówił, że będzie łatwo – przez Rumunię i Mołdawię nad Morze Czarne – 2019

I znów mogę to napisać! 🙂 Veni, vidi, vici! Po trzech tygodniach motocyklowej włóczęgi wróciliśmy do domu!

Pierwszym celem na naszej trasie była Rumunia. Tym razem w tym pięknym kraju odwiedziliśmy krainy Maramureș i Bukovina, dotarliśmy też do miejscowości Cacica – jednej z tzw. polskich wsi. Zahaczyliśmy również o Mołdawię, skąd wróciliśmy do Rumunii nad malowniczą Deltę Dunaju. Kolejnym punktem programu była wizyta nad Morzem Czarnym. Zaślubin z morską wodą dokonaliśmy w Bułgarii, a następnie przejechaliśmy spory kawałek tego kraju, żeby ostatecznie zakończyć podróż w Serbii u naszych serdecznych przyjaciół – Komšy i Goricy.

Zacząć to połowa pracy… 🙂

Mamy październik, nie, właściwie to już listopad! Czas zabrać się do roboty! Poniżej nasza podróż podzielona na etapy. Będzie ciężko… ale w miarę możliwości będziemy po kolei opisywać każdy z nich i dodatkowo “osładzać” go fotkami z podróży. A na koniec przyjdzie czas na ogarnięcie materiałów z kamery. 🙂


Tranzytowe perypetie, czyli strach się bać  jechać dalej!

Nasza tegoroczna podróż zaczęła się… nieszczególnie! A zanim na dobre się zaczęła, to już mogła się skończyć. Ale po kolei.

Po pierwsze, dość poważne choróbsko, które trzymało mnie nieprzerwanie od połowy kwietnia prawie do końca maja, postawiło pod znakiem zapytania datę rozpoczęcia naszej ekspedycji. Gdy już nieco wydobrzałem i pojawiło się “światełko w tunelu”, bakcyl zaatakował Martę! Gdyby nie zobowiązania zaciągnięte wobec naszego wyprawowego kompana Yasia, sam nie wiem jakby to było. Być może dalibyśmy sobie spokój i zostali w domu. Ale słowo się rzekło i tak 1 czerwca – ja nie do końca wyleczony, a Marta chora i kaszląca – ruszyliśmy osłabieni psychicznie i fizycznie w trasę. Sił dodawała nam myśl o tym, że wkrótce razem z Yasiem znajdziemy się w Rumunii!

Najtrudniej zacząć… Gdy już ruszysz, to nie ma odwrotu – wyprawa trwa i wszystko co związane z podróżą kręci się siłą rozpędu. I tym razem tak miało być.

Ale niestety – nie było! My trzymaliśmy się jakoś dzięki prochom (sponsorem wyjazdu zostały Ibuprom i ACC), ale jak na złość “rozchorować” postanowił się mój wspaniały motocykl! Pierwszego wieczoru, gdy dotarliśmy do Kielc, okazało się, że puścił uszczelniacz wałka zdawczego. 🙁

Następnego dnia przenieśliśmy się pod Rzeszów do Yasia. Co prawda mieliśmy (jak zazwyczaj) spotkać się na trasie gdzieś przed Duklą, ale w tej sytuacji najpierw trzeba było ogarnąć awarię. Na szczęście Yasiu dysponuje dobrze wyposażonym garażem. Mając pomocną parę rąk, dach nad głową i kilka dodatkowych, garażowych akcesoriów, mogłem na spokojnie zabrać się za robotę.

Gdy w poniedziałek rano z pomocą Yasia udało mi się zdobyć i → wymienić uszczelniacz, szybko pozbieraliśmy i zapakowaliśmy wszystkie graty na motocykle. Niestety, gdy tylko ruszyliśmy, ślepy los rzucił pod nasze nogi kolejną kłodę, a właściwie spory gwóźdź pod tylne koło Marty. 🙁

Co jest?! Przecież na dobre nie wyruszyliśmy, a już takie atrakcje! Ile jeszcze czeka na nas niespodzianek?

Szczęście w nieszczęściu, że sytuacja wydarzyła się dosłownie kilka metrów od zakładu PPHU Wulkanizacja i wynajem sprzętu budowlanego Auto-Holowanie Piotr Bochenek. Początkowo ekipa nie za bardzo chciała zająć się oponą motocyklową, ale udostępniła nam kawałek placu, żebyśmy na spokojnie mogli samodzielnie dokonać naprawy.

Jednak gdy już zdjąłem koło i zacząłem zabierać się za wymianę dętki, sympatyczne chłopaki podjęli się wyzwania i na sprzęcie nie za bardzo przystosowanym do naprawy kół motocyklowych elegancko ogarnęli temat. Opona została załatana, dętka wymieniona na zapasową, a ta, którą przebił gwóźdź naprawiona!

Sprawcę całego zamieszania, czyli tzw. “gwóźdź programu”, Marta zostawiła sobie na pamiątkę.

Koło z naprawioną oponą i wymienioną dętką wróciło na swoje miejsce, a my w podziękowaniu sprezentowaliśmy naszym wybawcą motoSTFORKOWY otwieracz i po butelce piwa, żeby mogli, gdy skończą pracę, przetestować jego działanie. Sukces opiliśmy otrzymaną od firmy oranżadą. To się nazywa serwis pierwsza klasa! Dziękujemy raz jeszcze i serdecznie pozdrawiamy! 😉

Koniec końców około godziny 14, a może 15 udało nam się w końcu ruszyć w trasę. Trochę nam się dostało w Rzeszowie, bo korki się zdążyły zrobić, a i Słońce dawało nieźle czadu! Ale jakoś tam się przebiliśmy i tylko “trochę” podgotowani docieramy do Dukli. Tu standardowo na stacji przy samej granicy ogarniamy tankowanie pod korek i jeszcze spijamy kawkę na wzmocnienie.

A potem zaczęła się nuda powolnej Słowacji. Myśleliśmy, że pociągniemy nieco dalej, ale ze względu na wcześniejsze perypetie nocleg wypadł nam już na granicy słowacko-węgierskiej. Lokal został znaleziony przez Internet… i kiedy wydawało się, że wszystko będzie tip-top znów spotkał nas lekki zawód. Na miejscu okazało się, że jest jakaś awaria i nie ma bieżącej wody!

Nie żebyśmy mieli jakąś szczególną chęć korzystać z prysznica, ale kiedy umycie rąk, czy spuszczenie wody w kiblu staje się wyzwaniem, to po całym dniu jazdy człowiek ma się prawo troszkę wkurzyć! Do tego okazuje się, że pokój, który nam się dostał, pełen jest na wpół zdechłych os! Insekty owe, w sporej ilości, wciąż częściowo żywe, znajdowały się na jednym z parapetów przybytku w którym mieliśmy spędzić noc.

Miarka się przebrała! Tego już za wiele! Właściciel mimo, że nie mówił w żadnym zrozumiałym narzeczu, oprócz węgierskiego oczywiście, w lot pojmuje sens mojej dość gorącej, tak jak zbliżający się ku końcowi dzisiejszy dzień, przemowy. I szybciutko przenosi nas do innego lokalu. Tyle tylko, że nie posprzątanego i dużo mniejszego, rzekłbym o dość nędznej kubaturze. Gdy w końcu jakoś upychamy się po kątach ze wszystkimi bambetlami, właściciel wraca z butlą domowego wina. Aha, konkluzja jest jedna – chyba ruszyły go sumienie! Skwapliwie przyjmujemy nieoczekiwany „prezent” i od razu przy kolacji sprawdzamy jego walory smakowe. Wino jest całkiem dobre, a jego działanie jak nic sprzyja polepszeniu naszych humorów!

4 czerwca rano, wyspani jakoś tak na 50% (Kto to tak chrapał?!), zwijamy się szybko i startujemy w kierunku dobrze nam znanej miejscowości → Sapânța.

No tak. Na szczęście Węgry jakoś zawsze przelecą. Jest granica… a na niej sporawy koreczek! Słońce praży nas niemiłosiernie. A dawaj do przodu, bo tak smażyć się to nie ma co! Trochę zamieszanie zrobiło się przed samymi budkami, bo utknęliśmy między dwoma sznurami samochodów. Ale w końcu sympatyczne rumuńskie chłopaki  z jednej z kolejek puszczają nas przed siebie. Niestety nie spodobało się to jakiejś starszej Pani z samochodu za nimi. Krewka staruszka coś tam mocno sapie, ale o dziwo to nasi dobroczyńcy, a nie my, dostają po garach! A szkoda, bo mnie aż świerzbi język w gębie, żeby sobie po rumuńsku poużywać! No nic z tym nie zrobisz, w sumie szkoda tylko niepotrzebnych nerwów. Kontrola przebiega ekspresowo, więc nie mamy zbyt dużych wyrzutów sumienia, nikt nie czekał przez nas wiele dłużej.

Jesteśmy po drugiej stronie! Zatrzymujemy się na stacji  i zwyczajowo wypita zostaje pierwsza w Rumunii kawa. To już taki nasz jakby rytuał. 🙂 Potem dalej skrótami (tak jak dwa lata temu omijamy Satu Mare jadąc przez Lazuri) śmigamy prosto do dzisiejszej mety. Gdy dojeżdżamy na miejsce, wbijamy się na nocleg do Pensiunea Montana.

Właściciel, sympatyczny Vasule, poznaje nas, gdy tylko zdejmujemy kaski. 🙂 Od razu zrobiło się wesoło! Gdy już się rozpakowaliśmy butelka rakii ląduje na stole. Trunek prima sort! Wznosimy toast i niestety, ku przerażeniu gospodarza, o mało nie udusiłem się po głębszym łyku rumuńskiego specjału. Cholerstwo było mocne jak diabli, a moje gardło osłabione chorobą niestety (mam nadzieję, że tylko na razie) nie toleruje ognia w płynie tak dobrze jak kiedyś. Po chwili, z trudem, jakoś odzyskuję oddech i już wiem, że na tym wyjeździe będę musiał nieco przyhamować z integracją! Chwila nieuwagi i może być nieciekawie. 🙁 Co zrobić!

Krótki spacer po okolicy…

…kończymy posiłkiem w knajpce znajdującej się przy wesołym cmentarzu.

Gdy wracamy do pensjonatu, podobnie jak dwa lata temu, rozpoczynają się rozmowy o podróżach i życiu z naszym gospodarzem, które nie mają końca. 🙂

Yasiu częstuje swoimi wyrobami (porzeczka rządzi) i choć rakija była świetna, to jednak to rozdanie zdecydowanie wygrywamy!

Nieco później okazuje się, że w pensjonacie są jeszcze inni Polacy, a że Vasule nie może się z nimi za bardzo dogadać, to wykorzystuje mnie jako tłumacza. 🙂 W podzięce, a może po prostu przez sympatię, na wyjezdnym dostaję butlę rumuńskiego przysmaku. Może kiedyś, gdy moje gardło dojdzie w końcu do siebie, będę w stanie wypić złoty trunek.

Południowy Maramureș – asfaltowo, raczej płasko, a więc mimo że to już Rumunia, trochę jakby nudno

Jest 5 czerwca, świta, to już ranek! Szykuje się intensywny dzień na kołach. Pogoda elegancka, świeci słońce, chce się jechać! 😀

Robię kilka fotek i melduję się przez FB na rumuńskiej grupie . Może uda się z kimś spotkać na trasie?

W tym miejscu relacji należałoby wspomnieć o tym, że plan naszej podróży zakładał poruszanie się przez rumuńskie krainy Maramureș i Bukovina – w miarę możliwości, warunków pogodowych i czasu – drogami gruntowymi. Marta, czyniąc przygotowania do podróży, znalazła całkiem fajną stronkę z ciekawymi trasami.

Adventure Country Tracks e.V. to projekt mający na celu popularyzację szlaków motocyklowych typu off-road. Po zalogowaniu ze strony można pobrać gotowe ślady w formacie GPX, co też uczyniliśmy. 🙂

Nasz zapał do jazdy “off-road’em” nieco zweryfikowało życie. Po ulewnych deszczach, które nawiedziły ten rejon bezpośrednio przed naszym przybyciem, nie byliśmy pewni stanu biegnących w górach tras. Dlatego jeden z odcinków trasy (Borșa –  Bobeica), który wydawało się, że mógłby sprawić kłopoty, ominęliśmy. Ale za to do miejscowości Bobeica dojechaliśmy inną, genialną widokowo gruntówką, na dodatek zaliczając serię agrafek i zakrętów na DN18. 🙂 Niestety, zabrakło też czasu. Choć początkowo chcieliśmy dojechać do miejscowości Vatra Moldoviței to musieliśmy zmienić nasze plany i trochę szybciej zjechać z track’a.

Wróćmy do naszej podróży. Ruszając rano mieliśmy w głowach jedną myśl: “Ha! Dzisiaj będzie się działo!”. Track ACT Romania zaczynał się na drodze DJ186 w okolicach miejscowości Bârsana. Pogoda sprzyjała tj. czarne chmury kłębiły się gdzieś w oddali, ale nie padało. Wszystko grało, tyle tylko, że pierwsze kilkadziesiąt kilometrów szlaku okazało się zwykłą, asfaltową drogą. Nie była to główna trasa, tylko jakaś tam dróżka niższej kategorii i zapewne kilka lat temu zrobiłaby na nas wrażenie, ale teraz… Phi… A że po cichu nastawialiśmy się na “szutry” to już w ogóle cienko wyszło. Jest asfalt – nie ma zabawy! Się rozwydrzyło towarzystwo! 🙂

No dobra – nie ma co marudzić. Jesteśmy przecież w Rumunii więc i tak jest zajebiście! A następnym razem trzeba będzie się udać bardziej na północ Maramureș, gdzie zapewne znajdują się główne atrakcje tego regionu.

Na tym odcinku trasy na uwagę zasługują stare monasteria, które licznie występujące w przydrożnych wioskach. Jadąc minęliśmy przynajmniej kilka tego typu obiektów.

Wypatrując szutru pokonujemy kolejne kilometry. Niestety Marta czuje się coraz gorzej, choróbsko jej nie odpuszcza, a duszący kaszel uprzykrza jazdę. Stąd po wjechaniu na drogę DN18, gdzieś od okolic miejscowości Moisei, zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Choć jest jeszcze dość wcześnie, wychodzi na to, że najlepiej zrobimy zatrzymując się gdzieś w okolicach miasteczka Borșa.

Internet idzie w ruch i Marta znajduje pensjonat w Băile Borșa, który powinien spełnić nasze skromne oczekiwania. W rzeczy samej, Casa Danci okazuje się całkiem przyjemnym miejscem!

Pani właścicielka jak i jej pomocnicy okazują się być niezwykle sympatyczni, gościnni i otwarci. 🙂

Zrzucamy graty. Marta zostaje, żeby odpocząć, a ja z Yasiem  trochę eksplorujemy okolicę.

W pobliskich górach znajdujemy nieczynną kopalnię pirytu.

Do zrujnowanych zabudowań i magazynów prowadzi wyłożona dziurawymi, betonowymi płytami, a później szutrowo-kamienna droga.

Zaczyna się robić ciemno. Powoli zwijamy się na miejsce noclegu. Kawałeczek okolicy objechaliśmy. 🙂

Jak kto woli, ale na powrocie nie do końca było powoli. Przy okazji wycieczki do kopalni coś mi odbija i próbuję wyłożyć Yasiowi prawdę oczywistą na temat dobrodziejstw jazdy motocyklem w terenie na stojącą. Ten szybko uciera mi nosa. Widzicie to szelmowskie spojrzenie z cyklu: “Ojca będziesz uczył dzieci robić?”. 🙂

Okazuje się, że moje “złote myśli” nie są potrzebne, bo Yasiu zasuwa Transalpem na stojąco aż miło! Nie pozostaje mi nic innego jak podążyć za nim, godnie pokonując kolejne zakręty i omijając co większe nierówności oraz dziurska, aby dać chwilę wytchnienia umęczonemu zawieszeniu w DL’u. 😉

Następnego dnia trochę kropi, trochę pada, a mi się trochę nie chcę. Yasiu się dostosowuje, a Marta leży w łóżku i kaszle, aż Pani właścicielka przynosi jej syrop własnej roboty z pędów sosny.

I tak spędzamy cały dzień siedząc na tyłkach i odpoczywając. A nie – odbyliśmy z Yasiem mały spacerek po okolicy, podczas którego podziwialiśmy piękno przyrody, dzikie wysypiska śmieci oraz myśl techniczną z ubiegłego wieku.

Bukowina – góry, szutry i kawałek Polski

7 czerwca. No dobra. Odpoczęli, podleczyli Martę, przeczekali deszcze. Możemy ruszać dalej. I choć trasa ACT Romania biegnie zaraz obok nas, to postanawiamy ominąć kawałeczek szlaku, którego nie ma na będącej w naszym posiadaniu dość dokładnej mapie papierowej.  Ot, intuicja podpowiada nam, że po ulewnych deszczach pchanie się tam motocyklami obciążonymi gratami, a za to bez formy i kondycji, nie jest za dobrym pomysłem. 🙂

Ale już kilkadziesiąt kilometrów za Băile Borșa wracamy na track w miejscowości Bobeica. Sam dojazd do niej okazał się strzałem w dziesiątkę. Wreszcie szuter, kałuże, kamienie, błoto, koleiny! Dookoła góry, owce i takie tam! Widoki przednie! O tak – to jest to co lubimy, tego nam było trzeba!

Trasa i widoki po prostu nas urzekły. Marta czuje się zdecydowanie lepiej i jest zadowolona, a Yasiu tańczy twista z radości. 🙂

No jest dobrze, tylko co jakiś czas trochę pada. Gdy zaczyna mocniej lać, przeczekujemy pod drzewami aż przejdzie .

Ja zapatrzony na te wszystkie piękne krajobrazy prowadzę tak skutecznie, że trafiamy prawie pod samą Ukrainę. Na szczęście naciskany przez resztę ekipy reflektuje się i zawracamy w samą porę zanim udało nam się przekroczyć „zieloną granicę”. Na nieszczęście, chyba dla równowagi, zalewa mi gniazdo USB w telefonie i tym oto sposobem ulega ono spektakularnemu sfajczeniu! A dopiero co uwierzyłem w nowoczesne technologie i na dobre zacząłem używać do nawigacji smartfona – no i mam! Odpalam zatem starego dobrego Lark’a z niezawodnym oprogramowaniem działającym off-line i… dupa! Ten też zaczyna jakieś wariactwa odpierdalać! No szlag mnie trafia normalnie! Na szczęście Marta przejmuje prowadzenie i dzięki temu nie martwiąc się o drogę możemy jechać dalej.

W końcu przestaje padać i chmury powoli się rozstępują. Docieramy do miejscowości Izvoarele Sucevei, gdzie zatrzymujemy się w sklepie przy drodze.

Przerwa na odpoczynek i kawę wypada w promieniach Słońca. 🙂

Pięknie tutaj… 🙂

Dzięki uprzejmości jednego z mieszkańców mamy możliwość zajrzeć do wnętrza przydrożnej kapliczki.

Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Pogoda się wyklarowała, Słońce ostatecznie wyszło zza chmur, a szuter się nie kończy! Kręta droga wiła się wśród gór i przełęczy, a my zachwyceni widokami nawijaliśmy kolejne kilometry, co chwila zatrzymując się, żeby zrobić na zdjęcie.

Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy. Dzień nieubłaganie zaczynał zbliżać się ku końcowi. Ponieważ plan podróży zakładał, że dziś dotrzemy do miejscowości Cacica, za miejscowością Brodina de Jos postanawiamy przeskoczyć na asfalt.  Jadąc wzdłuż granicy z Ukrainą dojeżdżamy do miasteczka Vicovu de Sus, a następnie drogą DN2E docieramy co celu.

Cacica to jedna z tzw. polskich wiosek na Rumunii. Mieszkają tu rodziny Polaków, którzy przybyli pod koniec XVIII w. z Bochni aby pomóc w budowie kopalni i eksploatacji złóż soli.

Potomkowie górników utrzymują polską tożsamość. W wiosce działa Dom Polski. Jego opiekunem jest sympatyczna Pani Krystyna. U niej właśnie znaleźliśmy nocleg.

Będąc na miejscu warto zwiedzić nadal działającą kopalnię (oczywiście odpuściliśmy – może innym razem :)), można pogadać po polsku z Panią Krysią i jej rodziną oraz w przydrożnym sklepie, gdzie piliśmy piwo. I z naszego punktu widzenia to chyba byłoby tyle.

Tak czy inaczej szybki rekonesans okolicy zostaje zaliczony i Kaczyka nie jest już dla nas białą plamą na mapie!

8 czerwca. Poranna krzątanina. Pani Krysia przygotowała dla nas sute śniadanie.

Pakujemy się i w drogę!

Mołdawia – ani widoki, ani ludzie nie urzekli nas tym razem

Kolejnym celem była Mołdawia, wielka niewiadoma na naszej trasie, bo nie za bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać po tym kraju. 🙂

Niestety szutry się skończyły, a droga do przejścia granicznego w Ungheni okazała się niezbyt ciekawa widokowo. Ot tranzyt jak tranzyt. W końcu jest granica, a na niej jak to się zdarza panuje niestety spory tłok. Czekamy w upale grzecznie na swoją kolej. Skrupulatna ta kontrola! Nawet nr ramy sprawdzają. Kufry każą otwierać. Ot co! Dokumenty nam zabrali i zrobiło się nerwowo.

Pogranicznicy jacyś tacy dziwni, niezbyt uprzejmi. Próbujemy z nimi rozmawiać po rumuńsku i angielsku, a oni odpowiadają do nas po rosyjsku. My swoje, a oni swoje. Jakaś paranoja. W końcu jednak jakoś się dogadujemy. Gdy spełniliśmy wszystkie zachcianki, szczęśliwi przekraczamy granicę. Tyle ceregieli o nic!

Zatrzymujemy się, żeby nieco odzipnąć na pierwszej stacji. Gdy pijemy kawę zaraz jakiś sympatyczny gość się nami zainteresował. Straszny gaduła! I już za moment zaczyna się bratanie, bo Wania proponuję wódeczkę . A, my jeszcze musimy dojechać pod Chișinău, więc grzecznie dziękujemy. Dzisiaj nic z tego nie będzie. 🙂

Odpoczęliśmy i ruszamy dalej. Droga najpierw była super, bo widać, że dopiero co wyremontowana, a potem jak nożem ciachnął! Pojawiają się wielgachne, głębokie dziury, a między nimi gdzieniegdzie można znaleźć asfalt. 🙂 Trzeba uważać, żeby nie wpaść w jakiś dół na pół koła. Widoki na kolana nie powalają, jakieś pola, łąki, ogólnie płasko. Może to i lepiej, bo możemy skupić się na wymagającej uwagi drodze. No i pewnie dlatego nie mamy z tego odcinka żadnych zdjęć.

Nocleg planujemy w mieście Cricova, które jest o przysłowiowy “rzut beretem” od Chișinău. Są tu jakieś winnice czy coś takiego. 🙂 Nocleg też jest. Zdążyliśmy dojechać akurat przed deszczem Jak miło! No i taki ładny pawilon nam się trafił.

Mamy tu wszystko co nam potrzeba. Rozpakowujemy się i zadowoleni instalujemy w domku.

Niestety, gdy dochodzi do uregulowania płatności za nocleg następuje spory zgrzyt! Cena na booking’u to 33 EUR, a obsługa żąda od nas 52 EUR! Na recepcji zmianę miał jakiś ziomek, który kogoś tam zastępuje. Skądinąd, gdy trochę porozmawialiśmy, okazał się całkiem sympatyczny, ale zarazem niezbyt ogarnięty i niezbyt zorientowany. Łudzimy się, że może dlatego doszło do nieporozumienia, bo Booking naliczył nam cenę ze zniżkami, a on może o tym nie wie.

Gdy jednak dochodzi do telefonicznej konfrontacji z szefem przybytku, okazuje się, że niestety mamy zapłacić 52 EUR no bo tak. Moja znajomość rumuńskiego nie jest może za dobra, ale złość dodaje mi elokwencji. Gość choć ma w swoim potwierdzeniu (przysłał nawet zrzut ekranu) naszą cenę (33 EUR) i tak upiera się przy swoim. Wygaduje jakieś farmazony, że to błąd na Booking’u i że u niego nie ma takiej oferty! Po prostu bujdy na resorach! Staje na tym, że jutro przyjedzie rano i jeszcze raz tête-à-tête będziemy dochodzić swoich racji.

Absmak po telefonicznej kłótni pozostaje niesamowity. Humory nam siadły, napięcie wzrosło, a chińska zupka i pasztet nie smakują zupełnie. I nie chodzi o te parę nędznych euraczy, tylko o to, że chcą nas ordynarnie zrobić w balona! Z głowami pełnymi ciężkich myśli kładziemy się spać.

Rano szefa nie ma, ale na recepcji pojawia się jakaś nowa Pani. Ostatecznie za pierwszą noc płacimy cenę z Booking’u. Tyle tylko, że w międzyczasie przedłużyliśmy rezerwację o kolejny dzień! I wszystko zaczyna się się od nowa. Słyszymy powtarzane w kółko: “Błąd na Booking’u, błąd na Booking’u, ble ble ble.”. Pani z obsługi przebiera oczami plączę się w zeznaniach, a na dodatek raz mówi do nas po rosyjsku, raz po rumuńsku, a czasem po angielsku.

Żeby nie robić afery i nie pogłębiać kryzysu za drugą noc płacimy wyższą kwotę. Nieco później okazuje się, że nasze obie rezerwacje zostały anulowane! My swoją obecność w obiekcie potwierdziliśmy i zaistniałą sytuację zgłosiliśmy do biura obsługi Booking’u. Ostatecznie coś tam nam odpisali, ale tak naprawdę nic z tym nie zrobilił do dzisiaj!

Ogólnie po całej tej akcji zrobił się dość ciężki klimat. Mamy wrażenie, że babeczka z obsługi stara się nas unikać. Jesteśmy głęboko poruszeni zaistniałą sytuacją. Cóż zrobić! Zdecydowanie nie przypadło nam do gustu takie traktowanie. Dlatego jeśli będziecie w Cricova to odradzam Wam z całego serca nocleg w pensjonacie Vila Family!

Po śniadaniu i perypetiach z płaceniem, gdy trochę ochłonęliśmy, postanawiamy wybrać się na wycieczkę po okolicy. Najpierw udajemy się do miejscowości Orchej Stary. Zdaje się, że mieliśmy tam coś zwiedzić…

…ale zrobiło się gorąco i z naszej trzy osobowej ekipy tylko Yasiu miał dość sił, żeby wdrapać się pod sporą górę i podziwiać monasterium Orheiul Vechi . My w tym czasie, ukrywając się w cieniu, pilnowaliśmy motocykli. 🙂

Gdy Yasiu wraca ze zwiedzania, kontynuujemy podróż ścieżką biegnącą w kierunku wioski Morovaia i dalej, gdzie trafiamy na kapitalne, szybkie szutry!

Na zakończenie wycieczki postanawiamy jeszcze odwiedzić Chișinău. Gdy dojeżdżamy na miejsce, rzeczywistość mołdawskiej stolicy działa na nas przytłaczająco. Gdzie nie spojrzeć, tam widać duch słusznie minionej epoki. To trochę tak, jakby przenieść się w czasie o jakieś 30 lat wstecz!

Jadąc przez miasto podziwiamy kolejne widoki. Bliżej centrum złomowiska, fabryki i inne bliżej nieokreślone obiekty przemysłowe zastępują szare, brudne budynki i ponure gmachy.

Tu, w bliżej nieokreślonej przyszłości, być może zostanie wstawiony stosowny materiał filmowy. 🙂

Jakoś nie za bardzo nas to wszystko urzekło, dlatego postanowiliśmy zacząć powoli zawijać się na bazę. Stwierdziliśmy jednak, że najpierw przydałoby się zjeść obiad. Na miejsce konsumpcji wybraliśmy jedną z restauracji należącą do sieci La Plăcinte.

Gdy zbliżając się do lokalu zwolniliśmy nieco, aby rozejrzeć się za miejscem do parkowania, za nami  rozpętało się piekło. Natarczywy dźwięk klaksonu dał nam do zrozumienia, że coś jest nie tak. Jakby tego było mało, gruba baba wychyliła się przez okno rozlatującej się Łady i zbluzgała nas po rusku. Wszystko przez to, że mieliśmy czelność opóźnić o kilka sekund ich przejazd. Ot, taka sytuacja!

Na szczęście udaje nam się bezpiecznie zaparkować pod samą restauracją i zadowoleni instalujemy się w ogródku.

Co by nie mówić jedzenie było doskonałe, a porcje duże! 🙂

Jedyne co nas trochę zdziwiło to to, że aby nasze zamówienie zostało przyjęte, musieliśmy najpierw zapłacić. Być może skwaszony kelner (co ciekawe do innych gości nawet się uśmiechał i coś tam z nimi ćwierkał), bał się, że nasze karty nie zadziałają? Albo w Mołdawii z definicji przyjmuje się, że motocykliści uciekają nie płacąc? Kto to tam wie. 🙂

Pobyt w Chișinău kończymy pozytywnym akcentem. Gdy zbieraliśmy się po obiedzie, mołdawska rodzinka poprosiła nas o możliwość zrobienia swojemu synkowi zdjęcia na motocyklu. 🙂

Po powrocie do Cricova zaliczamy jeszcze spacer po okolicy połączony z konsumpcją lokalnych wyrobów piwowarskich. Wszystko po to, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza i uzupełnić poziom elektrolitów przed jutrzejszą podróżą nad Deltę Dunaju!

Delta Dunaju – europejska Amazonia

Poranek to standardowe pakowanie gratów, potem szybkie śniadanie i żwawo ruszamy w drogę. Granicę z Rumunią przekraczamy w miejscowości Albița. W tą stronę poszło znacznie sprawniej. Jedziemy, jedziemy, jedziemy, jedziemy. Gorąco! Strudzeni żarem lejącym się z nieba, zatrzymujemy się co jaki czas, żeby odpocząć.

Jak widać upał doskwierał nie tylko nam. 🙂

Jakoś po godzinie 17 docieramy do Galați. Tutaj musimy przedostać się na drugą stronę Dunaju. Udało nam się zdążyć przed załadunkiem promu. Gdy wszyscy zostają upchnięci na pokładzie i wypływamy  z portu, przychodzi czas na sesję zdjęciową. 🙂

Odcinek drogi po drugiej stronie rzeki okazuje się mocno bez szału.  Spodziewaliśmy się, że może będzie tu już czuć klimat delty.  Nic z tego. Dojeżdżamy do miasta Tulcea.

Podczas tankowania okazuje się, że teraz w mojej oponie tkwi niespodzianka. 🙁

Na razie powietrze nie ucieka więc kierując się zasadą “Jeździć i obserwować!” postanawiam zająć się tym później. Ale nie powiem, żebym się bardzo ucieszył z dokonanego odkrycia! Wręcz przeciwnie – Yasiu, który znalazł się obok mnie, gdy dostrzegłem gwoździa, musiał przez chwilę wysłuchiwać moich siarczystych utyskiwań na ślepy los.

Poszukiwania noclegu szły nam dość topornie. W centrum, blisko przystani, zastaliśmy same hotelowce, na dodatek kiepsko było z bezpiecznym parkingiem dla motocykli. Postanawiamy poszukać czegoś bliżej granic miasta. I tak trafiliśmy na obiekt o wdzięcznej nazwie Pensiunea Anda.

Trochę przeraził nas dojazd – fabryki, place ze złomem, wysypiska śmieci, rozpadające się domy i takie tam. Ale adres okazał się dobry i szybko dogadujemy się z przesympatyczną Panią, która prowadzi pensjonat. Co więcej, kiedy o to poprosiłem, właścicielka przedstawiła nam atrakcje okolicy i pomogła zarezerwować na jutro wycieczkę po delcie.

Tu, w bliżej nieokreślonej przyszłości, być może zostanie wstawiony stosowny materiał filmowy. 🙂

Nagadałem się – wreszcie mogę usiąść, coś wypić, zjeść i odpocząć. 🙂

Mamy 11 czerwca 2019 r. To ważna data, bo dziś szykuje się wielkie zwiedzanie. 🙂 Mamy zarezerwowany kilkugodzinny rejs po Delcie Dunaju. Ponieważ nasz pensjonat jest dosyć oddalony od centrum, żeby dojechać do przystani, bierzemy taksówkę. Podjeżdża lekko zdezelowana Dacia i robi się wesoło! Czy wiedzieliście, że w Rumunii nie trzeba zapinać pasów? 🙂

Gdy docieramy na przystań czeka na nas kilkuosobowy stateczek. Łódka może nie wygląda imponująco, nie jest też ani duża ani szybka, ale za to mamy fajnego kapitana i płyniemy sami! 🙂 Zajmujemy miejsca i ruszamy w rejs!

Kapitan był fajny, bo widać było, że starał się nam pokazać jak najwięcej. Wpływał w sobie tylko znane miejsca, troszkę ryzykując zaplątaniem śruby w wodorosty. No i pokazywał nam ukrywające się pośród roślinności ptaki, których sami byśmy pewnie nie zauważyli.

cdn.

  • Bułgaria – nasze zaślubiny z Morzem Czarnym
  • Serbia – serbska gościnność po raz kolejny w najlepszym wydaniu