Nikt nie mówił, że będzie łatwo – przez Rumunię i Mołdawię nad Morze Czarne – 2019

I znów mogę to napisać! 🙂 Veni, vidi, vici! Po trzech tygodniach motocyklowej włóczęgi wróciliśmy do domu!

Pierwszym celem na naszej trasie była Rumunia. Tym razem w tym pięknym kraju odwiedziliśmy krainy Maramureș i Bukovina, dotarliśmy też do miejscowości Cacica – jednej z tzw. polskich wsi. Zahaczyliśmy również o Mołdawię, skąd wróciliśmy do Rumunii nad malowniczą Deltę Dunaju. Kolejnym punktem programu była wizyta nad Morzem Czarnym. Zaślubin z morską wodą dokonaliśmy w Bułgarii, a następnie przejechaliśmy spory kawałek tego kraju, żeby ostatecznie zakończyć podróż w Serbii u naszych serdecznych przyjaciół – Komšy i Goricy.

Zacząć to połowa pracy… 🙂

Mamy październik, nie, właściwie to już listopad! W końcu udało mi się zabrać do roboty! Poniżej nasza podróż podzielona na etapy. Było ciężko… ale w miarę możliwości po kolei opisałem każdy z nich i dodatkowo “osłodziłem” fotkami z podróży. Pozostało jeszcze ogarnąć materiały z kamery. 🙂


Tranzytowe perypetie, czyli strach się bać  jechać dalej!

Nasza tegoroczna podróż zaczęła się jakoś tak… nieszczególnie! A zanim na dobre się zaczęła, to już mogła się skończyć. Ale po kolei.

Po pierwsze, dość poważne choróbsko, które trzymało mnie nieprzerwanie od połowy kwietnia prawie do końca maja, postawiło pod znakiem zapytania datę rozpoczęcia naszej ekspedycji. Gdy już nieco wydobrzałem i pojawiło się “światełko w tunelu”, bakcyl zaatakował Martę! Gdyby nie zobowiązania zaciągnięte wobec naszego wyprawowego kompana Yasia, sam nie wiem jakby to było. Być może dalibyśmy sobie spokój i zostali w domu. Ale słowo się rzekło i tak 1 czerwca – ja nie do końca wyleczony, a Marta chora i kaszląca – ruszyliśmy osłabieni psychicznie i fizycznie w trasę. Sił dodawała nam myśl o tym, że wkrótce razem z Yasiem znajdziemy się w Rumunii!

Najtrudniej zacząć… Gdy już ruszysz, to nie ma odwrotu – wyprawa trwa i wszystko co związane z podróżą kręci się siłą rozpędu. I tym razem tak miało być.

Ale niestety – nie było! My trzymaliśmy się jakoś dzięki prochom (sponsorem wyjazdu zostały Ibuprom i ACC), ale jak na złość “rozchorować” postanowił się mój wspaniały motocykl! Pierwszego wieczoru, gdy dotarliśmy do Kielc, okazało się, że puścił uszczelniacz wałka zdawczego. 🙁

Następnego dnia przenieśliśmy się pod Rzeszów do Yasia. Co prawda mieliśmy (jak zazwyczaj) spotkać się na trasie gdzieś przed Duklą, ale w tej sytuacji najpierw trzeba było ogarnąć awarię. Na szczęście Yasiu dysponuje dobrze wyposażonym garażem. Mając pomocną parę rąk, dach nad głową i kilka dodatkowych, garażowych akcesoriów, mogłem na spokojnie zabrać się za robotę.

Gdy w poniedziałek rano z pomocą Yasia udało mi się zdobyć i → wymienić uszczelniacz, szybko pozbieraliśmy i zapakowaliśmy wszystkie graty na motocykle. Niestety, gdy tylko ruszyliśmy, ślepy los rzucił pod nasze nogi kolejną kłodę, a właściwie spory gwóźdź pod tylne koło Marty. 🙁

Co jest?! Przecież tak naprawdę nie wyruszyliśmy na dobre, a tu już takie atrakcje! Ile jeszcze czeka na nas niespodzianek?

Szczęście w nieszczęściu, że sytuacja wydarzyła się dosłownie kilka metrów od zakładu PPHU Wulkanizacja i wynajem sprzętu budowlanego Auto-Holowanie Piotr Bochenek. Początkowo ekipa nie za bardzo chciała zająć się oponą motocyklową, ale udostępniła nam kawałek placu, żebyśmy na spokojnie mogli samodzielnie dokonać naprawy.

Jednak gdy już zdjąłem koło i zacząłem zabierać się za wymianę dętki, sympatyczne chłopaki podjęli się wyzwania i elegancko ogarnęli temat na sprzęcie nie za bardzo przystosowanym do naprawy kół motocyklowych. Opona została załatana, dętka wymieniona na zapasową, a ta, którą przebił gwóźdź naprawiona!

Sprawcę całego zamieszania, czyli tzw. “gwóźdź programu”, Marta zostawiła sobie na pamiątkę.

Koło z naprawioną oponą i wymienioną dętką wróciło na swoje miejsce, a my w podziękowaniu sprezentowaliśmy naszym wybawcą motoSTFORKOWY otwieracz i po butelce piwa, żeby mogli, gdy skończą pracę, przetestować jego działanie. Sukces opiliśmy otrzymaną od firmy oranżadą. To się nazywa serwis pierwsza klasa! Dziękujemy raz jeszcze i serdecznie pozdrawiamy! 😉

Koniec końców około godziny 14, a może 15 udało nam się w końcu ruszyć w trasę. Trochę nam się dostało w Rzeszowie, bo korki się zdążyły zrobić, a i Słońce dawało nieźle czadu! Ale jakoś tam się przebiliśmy przez tą miejską dżunglę i tylko “trochę” podgotowani dotarliśmy do Dukli. Tu standardowo na stacji przy samej granicy ogarniamy tankowanie pod korek i jeszcze spijamy kawkę na wzmocnienie. BTW – kawa była, ok, nie wiem czemu mam taką minę!

A potem zaczęła się nuda powolnych dróg Słowacji. Myśleliśmy, że dzisiaj pociągniemy nieco dalej, ale ze względu na wcześniejsze perypetie nocleg wypadł nam już na granicy słowacko-węgierskiej. Lokal został znaleziony przez Internet… i kiedy wydawało się, że wszystko będzie tip-top znów spotkał nas lekki zawód. Na miejscu okazało się, że jest jakaś awaria i nie ma bieżącej wody!

Nie żebyśmy mieli jakąś szczególną chęć korzystać z prysznica, ale kiedy umycie rąk, czy spuszczenie wody w kiblu staje się wyzwaniem, to po całym dniu jazdy w gorącu i z perypetiami, człowiek ma się prawo troszkę zdenerwować! Do tego okazuje się, że pokój, który nam się dostał, pełen jest na wpół zdechłych os! Insekty owe, w sporej ilości na dodatek wciąż częściowo żywe, znajdowały się na jednym z parapetów przybytku w którym mieliśmy spędzić noc.

Miarka się przebrała! Tego już za wiele! Właściciel mimo, że nie mówił w żadnym zrozumiałym narzeczu, oprócz węgierskiego oczywiście, w lot pojmuje sens mojej dość gorącej, tak jak zbliżający się ku końcowi dzisiejszy dzień, przemowy. I szybciutko przenosi nas do innego lokalu. Tyle tylko, że nie posprzątanego i dużo mniejszego, rzekłbym o dość nędznej kubaturze. Gdy w końcu jakoś upychamy się po kątach ze wszystkimi bambetlami, właściciel wraca z butlą domowego wina. Aha, konkluzja jest jedna – chyba ruszyły go sumienie! Skwapliwie przyjmujemy nieoczekiwany „prezent” i od razu przy kolacji sprawdzamy jego walory smakowe. Wino jest całkiem dobre, a jego działanie jak nic sprzyja polepszeniu naszych humorów!

Jest 4 czerwca rano. Wyspani jakoś tak na 50% (do dziś zadaje sobie pytanie “Kto to tak chrapał?!”), zwijamy się szybko i startujemy w kierunku dobrze nam znanej miejscowości → Sapânța.

No tak. Na szczęście Węgry jakoś zawsze przelecą. Jest granica… a na niej sporawy koreczek! Słońce praży nas niemiłosiernie. A dawaj do przodu, bo tak smażyć się to nie ma co! Trochę zamieszanie zrobiło się przed samymi budkami, bo utknęliśmy między dwoma sznurami samochodów. Ale w końcu sympatyczne rumuńskie chłopaki z jednej z kolejek puszczają nas przed siebie. Niestety nie spodobało się to jakiejś starszej Pani z samochodu za nimi. Krewka Rumunka coś tam mocno złorzeczy, ale o dziwo to nasi dobroczyńcy, a nie my, dostają po uszach! A szkoda, bo mnie aż świerzbi język w gębie, żeby sobie po rumuńsku poużywać! No nic z tym nie zrobisz, w sumie szkoda tylko niepotrzebnych nerwów. Sama kontrola przebiega ekspresowo, więc nie mamy zbyt dużych wyrzutów sumienia, bo nikt nie czekał przez nas wiele dłużej.

Jesteśmy po drugiej stronie granicy! Zatrzymujemy się na stacji, gdzie zwyczajowo wypita zostaje pierwsza w Rumunii kawa. To już taki nasz jakby rytuał. 🙂 Potem dalej skrótami (tak jak dwa lata temu omijamy Satu Mare jadąc przez Lazuri) śmigamy prosto do dzisiejszej mety. Gdy dojeżdżamy na miejsce, wbijamy się na nocleg do Pensiunea Montana.

Właściciel, sympatyczny Vasule, poznaje nas, gdy tylko zdejmujemy kaski. 🙂 Od razu zrobiło się miło i wesoło! Gdy już się rozpakowaliśmy butelka rakii ląduje na stole. Trunek prima sort! Wznosimy toast i niestety, ku przerażeniu gospodarza, o mało nie udusiłem się po głębszym łyku tego rumuńskiego specjału. Cholerstwo było mocne jak diabli, a moje gardło osłabione chorobą (mam nadzieję, że tylko na razie) niestety nie toleruje ognia w płynie tak dobrze jak kiedyś. Po chwili, z trudem, jakoś odzyskuję oddech i już wiem, że na tym wyjeździe będę musiał nieco przyhamować z integracyjną konsumpcją alkoholi! Chwila nieuwagi i może być nieciekawie. 🙁 Co zrobić!

Krótki spacer po okolicy…

…kończymy posiłkiem w knajpce znajdującej się przy wesołym cmentarzu.

Gdy wracamy do pensjonatu, podobnie jak dwa lata temu, rozpoczynają się rozmowy o podróżach i życiu, które nie mają końca.  Nasz gospodarz jest dociekliwy, a i my chętnie dowiemy się czegoś więcej o Rumunii niż można znaleźć w Internecie i przewodnikach. 🙂

Yasiu częstuje swoimi wyrobami (dziś rządzi porzeczka) i choć rakija była świetna, to jednak to rozdanie zdecydowanie wygrywamy!

Nieco później okazuje się, że w pensjonacie są jeszcze inni Polacy, a że Vasule nie może się z nimi za bardzo dogadać, to wykorzystuje mnie jako tłumacza. 🙂 W podzięce, a może po prostu przez sympatię, na wyjezdnym otrzymuję butlę rumuńskiego przysmaku, tego samego, który o mało mnie nie zabił. Może kiedyś, gdy moje gardło dojdzie w końcu do siebie, będę w stanie wypić złoty trunek.

Południowy Maramureș – asfaltowo, raczej płasko, a więc mimo że to już Rumunia, trochę jakby nudno

Jest 5 czerwca, świta, to już ranek! Szykuje się intensywny dzień na dwóch kołach. Pogoda elegancka, świeci słońce, chce się jechać! 😀

Robię kilka fotek i melduję się przez FB na rumuńskiej grupie . Może uda się z kimś spotkać na trasie?

W tym miejscu relacji należałoby wspomnieć o tym, że plan naszej podróży zakładał poruszanie się przez rumuńskie krainy Maramureș i Bukovina – w miarę możliwości, warunków pogodowych i czasu – drogami gruntowymi. Marta, czyniąc przygotowania do podróży, znalazła całkiem fajną stronkę z ciekawymi trasami.

Adventure Country Tracks e.V. to projekt mający na celu popularyzację szlaków motocyklowych typu off-road. Po zalogowaniu ze strony można pobrać gotowe ślady w formacie GPX, co też uczyniliśmy przygotowując się do wyjazdu. 🙂

Nasz zapał do jazdy “off-road’em” nieco zweryfikowało życie. Po ulewnych deszczach, które nawiedziły ten rejon bezpośrednio przed naszym przybyciem, nie byliśmy pewni stanu biegnących w górach tras. Dlatego jeden z odcinków trasy (Borșa –  Bobeica), który wydawało się, że mógłby sprawić kłopoty, ominęliśmy. Ale za to do miejscowości Bobeica dojechaliśmy inną, genialną widokowo gruntówką, na dodatek zaliczając serię agrafek i zakrętów na DN18. 🙂 Niestety, zabrakło też czasu. Choć początkowo chcieliśmy dojechać szutrami aż do miejscowości Vatra Moldoviței to musieliśmy zmienić nasze plany i trochę szybciej zjechać z track’a.

Wróćmy do naszej podróży. Ruszając rano mieliśmy w głowach jedną myśl: “Ha! Dzisiaj będzie się działo!”. Track ACT Romania zaczynał się na drodze DJ186 w okolicach miejscowości Bârsana. Pogoda sprzyjała tj. choć czarne chmury kłębiły się gdzieś w oddali to jednak nie padało. Wszystko grało, tyle tylko, że pierwsze kilkadziesiąt kilometrów szlaku okazało się zwykłą, asfaltową drogą. Nie była to główna trasa, tylko jakaś tam dróżka niższej kategorii i zapewne kilka lat temu zrobiłaby na nas wrażenie, ale teraz… Phi… A że po cichu nastawialiśmy się na “szutry” to już w ogóle słabo to wyszło. Jest asfalt – nie ma zabawy! Się rozwydrzyło towarzystwo! 🙂

No dobra – nie ma co marudzić. Jesteśmy przecież w Rumunii więc i tak jest zajebiście! A następnym razem trzeba będzie się udać bardziej na północ Maramureș, gdzie zapewne znajdują się główne atrakcje tego regionu.

Na tym odcinku trasy na uwagę zasługują stare monasteria, które licznie występujące w przydrożnych wioskach. Jadąc minęliśmy przynajmniej kilka tego typu obiektów.

Wypatrując szutru pokonujemy kolejne kilometry. Niestety Marta czuje się coraz gorzej, choróbsko jej nie odpuszcza, a duszący kaszel uprzykrza jazdę. Stąd po wjechaniu na drogę DN18, mniej więcej od okolic miejscowości Moisei, zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Choć jest jeszcze dość wcześnie, wychodzi na to, że najlepiej zrobimy zatrzymując się gdzieś w okolicach miasteczka Borșa.

Internet idzie w ruch i Marta znajduje pensjonat w miejscowości Băile Borșa, który powinien spełnić nasze skromne oczekiwania. W rzeczy samej, Casa Danci okazuje się całkiem przyjaznym dla motocyklistów miejscem!

Pani właścicielka jak i jej pomocnicy okazują się być niezwykle sympatyczni, gościnni i otwarci. 🙂

Zrzucamy graty. Marta zostaje, żeby odpocząć, a ja z Yasiem  trochę eksplorujemy okolicę.

W pobliskich górach znajdujemy nieczynną kopalnię pirytu.

Do zrujnowanych zabudowań i magazynów prowadzi wyłożona dziurawymi, betonowymi płytami, a później szutrowo-kamienna droga.

Zaczyna się robić ciemno. Powoli zwijamy się na miejsce noclegu. Kawałeczek okolicy objechaliśmy. 🙂

Jak kto woli, ale na powrocie nie do końca było powoli. Przy okazji wycieczki do kopalni coś mi odbija i próbuję wyłożyć Yasiowi prawdę oczywistą na temat dobrodziejstw jazdy motocyklem “w terenie” na stojącą. Ten szybko uciera mi nosa. Widzicie to szelmowskie spojrzenie z cyklu: “Ojca będziesz uczył dzieci robić?”. 🙂

Okazuje się, że moje “złote myśli” nie są potrzebne, bo Yasiu zasuwa Transalpem na stojąco aż miło! Nie pozostaje mi nic innego jak podążyć za nim, godnie pokonując kolejne zakręty i omijając co większe nierówności oraz dziurska, aby dać chwilę wytchnienia umęczonemu zawieszeniu V-Strom’a. 😉

Następnego dnia trochę kropi, trochę pada, a mi się trochę nie chcę. Yasiu się dostosowuje, a Marta leży w łóżku i kaszle, aż Pani właścicielka przynosi jej syrop własnej roboty. Specyfik ów składał się w głównej mierze z pędów sosny i okazał się nad wyraz skuteczny.

I tak spędzamy cały dzień siedząc na tyłkach i odpoczywając. A nie – odbyliśmy z Yasiem mały spacerek po okolicy, podczas którego podziwialiśmy piękno przyrody, dzikie wysypiska śmieci oraz myśl techniczną z ubiegłego wieku.

Bukowina – góry, szutry i kawałek Polski

7 czerwca. No dobra. Odpoczęli, podleczyli Martę, przeczekali deszcze. Możemy ruszać dalej. I choć trasa ACT Romania biegnie zaraz obok nas, to postanawiamy ominąć fragment szlaku, którego nie ma na będącej w naszym posiadaniu dość dokładnej mapie papierowej.  Mięczaki z nas? Nie! Ot, po prostu intuicja podpowiada nam, że po ulewnych deszczach pchanie się tam motocyklami obciążonymi gratami, a za to bez formy, kondycji i z nadwątlonym zdrowiem (chodzi o mnie i Martę), nie jest po prostu za dobrym pomysłem. 🙂

Ale już kilkadziesiąt kilometrów za Băile Borșa wracamy na track w miejscowości Bobeica. Sam dojazd do niej okazał się strzałem w dziesiątkę. Wreszcie szuter, kałuże, kamienie, błoto, koleiny! Dookoła góry, owce i takie tam! Widoki przednie! O tak – to jest to co lubimy, tego nam było trzeba!

Trasa i widoki po prostu nas urzekły. Marta czuje się zdecydowanie lepiej i jest zadowolona, a Yasiu nawet zatańczył z aparatem twista z radości. 🙂

No jest dobrze, tylko co jakiś czas trochę pada. Gdy zaczyna mocniej lać, przeczekujemy pod drzewami aż przejdzie .

Ja zapatrzony na te wszystkie piękne krajobrazy prowadzę tak skutecznie, że trafiamy prawie pod samą Ukrainę. Na szczęście naciskany przez resztę ekipy reflektuje się i zawracamy w samą porę, zanim udało nam się przekroczyć „zieloną granicę”. Na nieszczęście, chyba dla równowagi, zalewa mi gniazdo USB w telefonie i tym oto sposobem ulega ono spektakularnemu samospaleniu! A dopiero co uwierzyłem w nowoczesne technologie i na dobre zacząłem używać do nawigacji smartfona – no i mam! Odpalam zatem starego dobrego Lark’a z niezawodnym oprogramowaniem działającym off-line i… dupa! Ten też zaczyna jakieś wariactwa wyczyniać! No szlag mnie trafia normalnie! Na szczęście Marta przejmuje prowadzenie i dzięki temu nie martwiąc się o drogę możemy jechać dalej.

W końcu przestaje padać i chmury powoli się rozstępują. Docieramy do miejscowości Izvoarele Sucevei, gdzie zatrzymujemy się w przydrożnym sklepiku.

Przerwa na odpoczynek i kawę wypada w promieniach Słońca. 🙂

Pięknie tutaj… 🙂

Dzięki uprzejmości jednego z mieszkańców mamy możliwość zajrzeć do wnętrza pobliskiej kapliczki.

Po chwili odpoczynku ruszamy dalej. Pogoda się wyklarowała, Słońce ostatecznie wyszło zza chmur, a szuter się nie kończy! Kręta droga wiła się wśród gór i przełęczy, a my zachwyceni widokami nawijaliśmy kolejne kilometry, co chwila zatrzymując się, żeby zrobić zdjęcie.

Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy. Dzień nieubłaganie zaczynał zbliżać się ku końcowi. Ponieważ plan podróży zakładał, że dziś dotrzemy do miejscowości Cacica, za miejscowością Brodina de Jos postanawiamy przeskoczyć na asfalt.  Jadąc wzdłuż granicy z Ukrainą dojeżdżamy do miasteczka Vicovu de Sus, a następnie drogą DN2E docieramy co celu.

Cacica to jedna z tzw. polskich wiosek na Rumunii. Mieszkają tu rodziny Polaków, którzy przybyli pod koniec XVIII w. z Bochni, aby pomóc w budowie kopalni i eksploatacji tutejszych złóż soli.

Potomkowie górników utrzymują polską tożsamość. W wiosce działa Dom Polski. Jego opiekunem jest sympatyczna Pani Krystyna. U niej właśnie znaleźliśmy nocleg.

Będąc na miejscu warto zwiedzić nadal działającą kopalnię (oczywiście odpuściliśmy – chyba było zamknięte – może innym razem :)), można pogadać po polsku z Panią Krysią i jej rodziną oraz w przydrożnym sklepie, gdzie piliśmy piwo. I z naszego punktu widzenia to chyba byłoby tyle.

Tak czy inaczej szybki rekonesans okolicy zostaje zaliczony i Kaczyka nie jest już dla nas białą plamą na mapie!

8 czerwca. Standardowa poranna krzątanina. A potem sute śniadanie które przygotowała dla nas Pani Krysia.

Pakujemy się i w drogę!

Mołdawia – ani widoki, ani ludzie nie urzekli nas – przynajmniej tym razem

Kolejnym celem była Mołdawia, wielka niewiadoma na naszej trasie, bo nie za bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać po tym kraju. 🙂

Niestety szutry się skończyły, a droga do przejścia granicznego w Ungheni okazała się niezbyt ciekawa widokowo. Ot tranzyt jak tranzyt. W końcu jest granica, a na niej, jak to się zdarza, panuje niestety spory tłok. Tym razem czekamy grzecznie na swoją kolej w upale. Skrupulatna ta kontrola! Nawet nr ramy sprawdzają. Kufry każą otwierać. Ot co! Koniec końców dokumenty nam zabrali i zrobiło się nerwowo.

Pogranicznicy jacyś tacy dziwni, niezbyt uprzejmi. Próbujemy z nimi rozmawiać po rumuńsku i angielsku, a oni odpowiadają do nas po rosyjsku. My swoje, a oni swoje. Jakaś paranoja. W końcu jednak jakoś się dogadujemy. Gdy spełniliśmy wszystkie zachcianki, szczęśliwi przekraczamy granicę. Tyle ceregieli o nic!

Zatrzymujemy się, żeby nieco odzipnąć na pierwszej stacji. Gdy pijemy kawę zaraz jakiś sympatyczny gość się nami zainteresował. Straszny gaduła! I już za moment zaczyna się bratanie, bo Wania proponuję wódeczkę . A, my jeszcze musimy dojechać pod Chișinău, więc grzecznie dziękujemy. Dzisiaj nic z tego nie będzie. 🙂

Odpoczęliśmy i ruszamy dalej. Droga najpierw była super, bo widać, że dopiero co wyremontowana, a potem jak nożem ciachnął! Pojawiają się wielgachne, głębokie dziury, a między nimi gdzieniegdzie można znaleźć asfalt. 🙂 Trzeba uważać, żeby nie wpaść w jakiś dół na pół koła. Widoki na kolana nie powalają, jakieś pola, łąki, ogólnie płasko. Może to i lepiej, bo możemy skupić się na wymagającej uwagi nawierzchni. No i pewnie dlatego nie mamy z tego odcinka trasy żadnych zdjęć. 🙂

Nocleg planujemy w mieście Cricova, które jest o przysłowiowy “rzut beretem” od Chișinău. Poza tym są tu jakieś winnice czy coś takiego. 🙂 Nocleg też jest. Zdążyliśmy dojechać akurat przed deszczem Jak miło się złożyło! No i jaki ładny pawilon nam się trafił!

Mamy tu wszystko co nam potrzeba. Rozpakowujemy się i zadowoleni instalujemy w domku. Krótko mówiąc “odpinamy wrotki”.

Niestety, gdy dochodzi do uregulowania płatności za nocleg następuje spory zgrzyt! Cena na booking’u to 33 EUR, a obsługa żąda od nas 52 EUR! Na recepcji zmianę miał jakiś ziomek, który kogoś tam zastępuje (chyba brata). Skądinąd, gdy trochę porozmawialiśmy, okazał się całkiem sympatyczny, ale zarazem niezbyt ogarnięty ani zorientowany. Łudzimy się, że może dlatego doszło do nieporozumienia, bo Booking naliczył nam cenę ze zniżkami, a on może o tym nie wie.

Gdy jednak dochodzi do telefonicznej konfrontacji z szefem przybytku, okazuje się, że niestety mamy zapłacić 52 EUR no bo tak i już. Moja znajomość rumuńskiego nie jest może za dobra, ale gniew dodaje mi elokwencji. Gość choć ma w swoim potwierdzeniu (przysłał nawet zrzut ekranu) naszą cenę (czyli 675 MLD stanowiące równowartość około 33 EUR) i tak upiera się przy swoim. Wygaduje jakieś farmazony, że to błąd na Booking’u i że u niego nie ma takiej oferty! Po prostu bujdy na resorach! Staje na tym, że jutro przyjedzie rano i jeszcze raz tête-à-tête będziemy dochodzić swoich racji.

Absmak po telefonicznej kłótni pozostaje niesamowity. Humory nam siadły, napięcie wzrosło, a chińska zupka i pasztet nie smakują zupełnie. I nie chodzi o te parę nędznych euraczy, tylko o to, że chcą nas ordynarnie zrobić w balona! Z głowami pełnymi ciężkich myśli kładziemy się spać.

Rano szefa nie ma, ale na recepcji pojawia się jakaś nowa Pani. Ostatecznie za pierwszą noc płacimy cenę z Booking’u. Tyle tylko, że w międzyczasie przedłużyliśmy rezerwację o kolejny dzień! I wszystko zaczyna się się od nowa. Słyszymy powtarzane w kółko: “Błąd na Booking’u, błąd na Booking’u, ble ble ble.”. Pani z obsługi przebiera oczami plączę się w zeznaniach, a na dodatek raz mówi do nas po rosyjsku, raz po rumuńsku, a czasem zagaduje po angielsku.

Żeby nie robić afery i nie pogłębiać kryzysu za drugą noc płacimy wyższą kwotę. Nieco później okazuje się, że nasze obie rezerwacje zostały przez hostel anulowane! My swoją obecność w obiekcie potwierdziliśmy i zaistniałą sytuację zgłosiliśmy do biura obsługi Booking’u. Ostatecznie coś tam nam odpisali, ale tak naprawdę nic z tym nie zrobili aż do dzisiaj!

Ogólnie po całej tej akcji zrobił się dość ciężki klimat. Mamy wrażenie, że babeczka z obsługi stara się nas unikać. Jesteśmy głęboko poruszeni zaistniałą sytuacją. Cóż zrobić! Zdecydowanie nie przypadło nam do gustu takie traktowanie. Dlatego jeśli będziecie w Cricova to odradzam Wam z całego serca nocleg w pensjonacie Vila Family!

Po śniadaniu i perypetiach z płaceniem, gdy trochę ochłonęliśmy, postanawiamy wybrać się na wycieczkę po okolicy. Najpierw udajemy się do miejscowości Orchej Stary. Zdaje się, że mieliśmy tam coś zwiedzić…

…ale zrobiło się gorąco i z naszej trzy osobowej ekipy tylko Yasiu miał dość sił, żeby wdrapać się pod sporą górę i podziwiać monasterium Orheiul Vechi. My w tym czasie, ukrywając się w cieniu, pilnowaliśmy motocykli. 🙂

Gdy Yasiu wraca ze zwiedzania, kontynuujemy podróż ścieżką biegnącą w kierunku wioski Morovaia i dalej, gdzie trafiamy na kapitalne, szybkie szutry!

Na zakończenie wycieczki postanawiamy jeszcze odwiedzić Chișinău. Gdy dojeżdżamy na miejsce, rzeczywistość mołdawskiej stolicy działa na nas przytłaczająco. Gdzie nie spojrzeć, tam widać duch słusznie minionej epoki. To trochę tak, jakby przenieść się w czasie o jakieś 30 lat wstecz!

Jadąc przez miasto podziwiamy kolejne widoki. Bliżej centrum złomowiska, fabryki i inne bliżej nieokreślone obiekty przemysłowe zastępują szare, brudne budynki i ponure gmachy.

Może jestem trochę niesprawiedliwy, a może akurat taką, a nie inną trasę wybrała dla nas nawigacja. Na filmie jeden z ładniejszych fragmentów miasta, który trafił się na naszej drodze.

Jakoś nie za bardzo nas to wszystko urzekło, dlatego postanowiliśmy zacząć powoli zawijać się na bazę. Stwierdziliśmy jednak, że najpierw przydałoby się zjeść obiad. Na miejsce konsumpcji wybraliśmy jedną z restauracji należącą do sieci La Plăcinte.

Gdy zbliżając się do lokalu zwolniliśmy nieco, aby rozejrzeć się za miejscem do parkowania, za nami  rozpętało się piekło. Natarczywy dźwięk klaksonu dał nam do zrozumienia, że coś jest nie tak. Jakby tego było mało, gruba baba wychyliła się przez okno rozlatującej się Łady i zbluzgała nas po rusku. Wszystko przez to, że mieliśmy czelność opóźnić o kilka sekund jej przejazd. Ot, taka sytuacja!

Na szczęście udaje nam się bezpiecznie zaparkować pod samą restauracją i zadowoleni zainstalowaliśmy się w ogródku.

Co by nie mówić jedzenie było doskonałe, a porcje duże! 🙂

Jedyne co nas trochę zdziwiło to to, że aby nasze zamówienie zostało przyjęte, musieliśmy najpierw zapłacić. Być może skwaszony kelner (co ciekawe do innych gości nawet się uśmiechał i coś tam z nimi sobie ćwierkał), bał się, że nasze karty nie zadziałają? Albo w Mołdawii z definicji przyjmuje się, że motocykliści uciekają nie płacąc? Kto to tam wie. 🙂

Na szczęście pobyt w Chișinău kończymy pozytywnym akcentem. Gdy zbieraliśmy się po obiedzie, mołdawska rodzinka poprosiła nas o możliwość zrobienia swojemu synkowi zdjęcia na motocyklu. 🙂

Po powrocie do Cricova zaliczamy jeszcze spacer po okolicy połączony z konsumpcją lokalnych wyrobów piwowarskich. Wszystko po to, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza i uzupełnić poziom elektrolitów przed jutrzejszą podróżą nad Deltę Dunaju!

Delta Dunaju – europejska Amazonia

Poranek to standardowe pakowanie gratów, potem szybkie śniadanie i żwawo ruszamy w drogę, bo mamy już dość mołdawskiej gościnności. Granicę z Rumunią przekraczamy w miejscowości Albița. W tą stronę poszło znacznie sprawniej. Jedziemy, jedziemy, jedziemy, jedziemy. Ogólnie nuda, choć czasem trafi się jakaś atrakcja. 🙂

Jest… trochę za gorąco! Strudzeni żarem lejącym się z nieba, zatrzymujemy się co jaki czas, żeby odpocząć.

Jak widać upał doskwierał nie tylko nam. 🙂

Jakoś po godzinie 17 docieramy do Galați. Tutaj musimy przedostać się na drugą stronę Dunaju. Udało nam się zdążyć przed załadunkiem promu. Gdy wszyscy zostają upchnięci na pokładzie i wypływamy  z portu, przychodzi czas na sesję zdjęciową. 🙂

Odcinek drogi po drugiej stronie rzeki okazuje się mocno bez szału.  Spodziewaliśmy się, że może będzie tu już czuć klimat delty.  Nic z tego. Dojeżdżamy do miasta Tulcea, które też nie zachwyca.

Podczas tankowania okazuje się, że i w mojej oponie tkwi niespodzianka. 🙁

Na razie powietrze nie ucieka więc kierując się zasadą “Jeździć i obserwować!” postanawiam zająć się tym później. Ale nie powiem, żebym się bardzo ucieszył z dokonanego odkrycia! Wręcz przeciwnie, a biedny Yasiu, który znalazł się obok mnie, gdy dostrzegłem gwoździa, musiał przez chwilę wysłuchiwać moich siarczystych utyskiwań na ślepy los.

Poszukiwania noclegu szły nam dość topornie. W centrum, blisko przystani, zastaliśmy same hotelowce. Na dodatek kiepsko było z bezpiecznym parkingiem dla motocykli. Postanawiamy poszukać czegoś bliżej granic miasta. I tak trafiliśmy na obiekt o wdzięcznej nazwie Pensiunea Anda.

Trochę przeraził nas dojazd – musieliśmy minąć jakieś fabryki, place ze złomem, wysypiska śmieci, rozpadające się domy i takie tam. Ale adres okazał się dobry i szybko dogadujemy się z przesympatyczną Panią, która prowadzi pensjonat. Co więcej, kiedy o to poprosiłem, właścicielka przedstawiła nam atrakcje okolicy i pomogła zarezerwować wycieczkę po delcie.

Nagadałem się – wreszcie mogę usiąść, coś wypić, zjeść i odpocząć. 🙂

Mamy 11 czerwca 2019 r. To data warta zapamiętania, bo dziś szykuje się wielkie zwiedzanie. 🙂 Mamy zarezerwowany kilkugodzinny rejs po Delcie Dunaju. Ponieważ nasz pensjonat jest dosyć oddalony od centrum, żeby dojechać do przystani, bierzemy taksówkę. Podjeżdża lekko zdezelowana Dacia i robi się wesoło! Czy wiedzieliście, że w Rumunii nie trzeba zapinać pasów? 🙂

Gdy docieramy na przystań czekał na nas kilkuosobowy stateczek. Łódka może nie wyglądała imponująco, nie była ani duża ani też szybka, ale za to mieliśmy bardzo fajnego kapitana i płynęliśmy sami!

Zajmujemy miejsca i ruszamy w rejs! 🙂

Kapitan był fajny, bo widać było, że stara się nam pokazać jak najwięcej. Wpływał w sobie tylko znane miejsca, troszkę ryzykując zaplątaniem śruby w wodorosty. No i podpowiadał, gdzie patrzeć, żeby zobaczyć ukrywające się pośród roślinności ptaki, których sami byśmy pewnie nigdy nie zauważyli.

Las i zarośla z egzotyczną roślinnością, które zamieszkują niezliczone gatunki ptactwa, nadają temu miejscu unikatowy charakter. System połączonych jezior i bagien tworzy niezwykły labirynt. Nie mogliśmy się napatrzeć na te cuda! Pstrykaliśmy zdjęcie za zdjęciem i wciąż nam było mało.

Tak naprawdę trzeba by tu spędzić przynajmniej kilka dni, żeby opłynąć różne rejony delty. My odwiedziliśmy tym razem tylko jej mały fragment. Nie można jednak od razu mieć wszystkiego. Kiedyś na pewno tu wrócimy. 🙂

Po powrocie do Tulczy zaliczamy spacer po przystani, gdzie znajdujemy jeszcze jednego  pelikana – symbol Delty Dunaju – tym razem z kamienia.

Udajemy się również do muzeum, gdzie można dowiedzieć się prawie wszystkiego na temat tego wyjątkowego miejsca.

Duża ilość ekspozycji oraz zbiorniki z żywymi eksponatami zaspokoiły nasz głód wiedzy.

Natomiast głód fizyczny ugasiliśmy w pobliskiej restauracji. Gdy Yasiu walczył z makaronem ja wciąż byłem myślami pośród pięknych widoków delty.

Po powrocie na bazę zbieramy siły oraz nasze klamoty przed jutrzejszym skokiem do… no właśnie gdzie teraz? 🙂

Bułgaria, czyli nasze zaślubiny z Morzem Czarnym

Dokąd teraz? Pomysły były różne, lecz jedyne co do czego byliśmy zgodni, to to, że mamy duży apetyt, żeby zamoczyć stopy, a może i coś jeszcze, w Morzu Czarnym. Z tym akwenem nie mieliśmy jeszcze nigdy kontaktu! Postanawiamy udać się do Vama Veche – imprezowej mekki turystów i rumuńskiej młodzieży.

Pomysł choć sam w sobie dobry, został tylko połowicznie zrealizowany. A wszystko przez mojego znajomego z Bukaresztu – Grigore – którego poznałem na forum . Byliśmy w kontakcie od momentu, kiedy nasza ekipa wylądowała w Rumunii. No i Grigore zachęcił nas do odwiedzenia miejscowości Krapec, która znajduje się w Bułgarii nad samym Morzem Czarnym. To zaraz za Vame Veche – wystarczy tylko przekroczyć granicę i już!

Plan przypadł nam do gustu. Ucieszyłem się, że będzie okazja spotkać się w realu. Na miejscu mają być jeszcze inni motocykliści, znajomi mojego internetowego kolegi, zatem może być wesoło! Nie było co się zastanawiać i pojechaliśmy. 🙂

Ukrop! Co za masakra! Tego dnia to był już chyba rekord. Jak nic w cieniu było ze 38 stopni. Wysoka temperatura tak samo źle wpływa na działanie nawigacji jak i na zmysł orientacji. Coś mi się popierniczyło gdy wyjeżdżaliśmy ze stacji paliw w Tulczy i zamiast skręcić w pełną atrakcji boczną dróżkę, poprowadziłem nasz skromny peleton prosto na DN22, czyli jak by nie patrzeć trasę szybkiego ruchu. Może to i dobrze, bo w tym lejącym się z nieba żarze i tak nie byłoby mowy o zlezieniu z motocykla, żeby zrobić jakąś fotkę, nie mówiąc już o zatrzymywaniu się na jakieś zwiedzanie.

Na każde z nas upał działał inaczej. Ja pomyliłem drogę, Marta przysypiała podczas jazdy, a Yasiu coraz bardziej odkręcał manetkę, aż w końcu, choć to ja prowadziłem, wyprzedził nas i zniknął gdzieś w oddali. Tym samym ostatecznie straciliśmy szansę, żeby na kolejnym skrzyżowaniu  dróg powrócić na szlak turystyczny. Wlekliśmy się dalej licząc na to, że spotkamy się gdzieś na końcu ekspresówki.

W końcu Yasiu się odnajduje i razem brniemy przez korki, którymi wita nas Constanța. Szybkie tankowanie i wypadamy z tego tłoku. Koniec końców pojawia się słynna Vama Veche! Jest wcześnie jak na tutejsze standardy i miasteczko śpi. Zacznie budzić się do życia wraz z zachodem słońca, którego ostatnie promienie wskażą imprezowiczą drogę do knajp i barów.

Zatrzymujemy się w jednym z nielicznych, działających o tak młodej porze, przybytków.

Trochę cienia, kawa, jakiś podły kebab, kilka zdjęć. Jak niewiele potrzeba nam dzisiaj do szczęścia. 🙂

Gdyby nie propozycja Grigore, żeby dołączyć do jego paczki w Krapec, to byśmy pewnie zostali tutaj na dłużej, żeby choć trochę nacieszyć się nocnym życiem Vama Veche. 😛

Ale się umówiliśmy, no to jedziemy dalej. Granica tym razem bez problemów. Wygląda na to, że mamy zaliczony kolejny kraj. 😉

Po chwili jesteśmy w Krapec. To faktycznie “rzut beretem” od Vama Veche. Jest bankomat, sklep, a w nim sympatyczna sprzedawczyni, no i kemping. Trochę to wszystko trąci komuną, ale… nam się podoba! Rozbijamy namiociki w cieniu drzew i zaczynamy świętować, a może najpierw świętujemy a potem ogarniamy obóz – nie pamiętam. 🙂

Wrodzona zaradność nakazuje nam wprowadzić kilka kempingowych udogodnień. Budujemy turystyczną spiżarkę, organizujemy stolik i wygodne krzesła. Pomyśleliśmy też o miejscu parkingowym z twardym podłożem dla naszych maszyn.

Czas na wycieczkę! Po wnikliwym przeanalizowaniu mapy, wiemy w którą stronę się kierować.

Dzięki temu szybko i sprawnie docieramy nad morze…

…a potem do baru nieopodal plaży…

…gdzie dość hucznie świętujemy nasze przybycie do Bułgarii. 🙂

Co by nie mówić, wspólne podróżowanie bardzo zbliża ludzi do siebie… 🙂

Jutro nadchodzi prędko, jest zatem czwartek, 13.06.2019.  Laba trwa.  Po godnym śniadaniu…

…w zasadzie cały dzień leniuchujemy. Dopiero wieczorem udajemy się ponownie na plaże, żeby ostatecznie dokonać zaślubin z Morzem Czarnym.

Nie jest to Adriatyk, ale i tak całkiem ładnie tutaj! Jeśli ktoś lubi szerokie, piaszczyste plaże i nie zależy mu na nurkowaniu (woda była czysta, ale jednak dość mało przejrzysta) to będzie na pewno bardzo zadowolony!

My w każdym razie jesteśmy bardzo zadowoleni!

Piątek. Wstajemy dość wcześnie, bo chcemy zrobić wycieczkę po okolicy, a dobrze będzie wyruszyć zanim temperatura wzrośnie tak, że nie da się wytrzymać.

Kawałeczek za Krapec udaje nam się znaleźć całkiem przyzwoite szutry. Duży kawał drogi biegł wzdłuż nadmorskiego klifu.

Trochę tymi szutrami, a trochę nie (czyli asfaltem), dojechaliśmy do latarni morskiej nieopodal miasteczka Szabła.

Niestety jest za wcześnie i nie ma możliwości zwiedzania obiektu. Ale za to są inne atrakcje. 🙂

Na koniec wycieczki odwiedziliśmy Przylądek Kaliakra i znajdującą się tam twierdzę.

Podczas gdy ja standardowo pilnowałem motocykli…

…Marta i Yasiek strzelili sobie sesję zdjęciową. 🙂

Ambitny plan Yasia, żeby pojechać jeszcze do Varny, zostaje odrzucony na drodze głosowania. Słonce stoi w zenicie i jest po prostu za gorąco!

Zaliczamy kawę w przyjemnej kafejce znajdującej się na rynku w miasteczku Kawarna i spadamy na kemping byczyć się dalej.

Późniejszym popołudniem odzywa się do nas  Grigore. Okazuje się, że nie będzie z nami na kempingu jak początkowo myśleliśmy, tylko w hotelu nieopodal. Grigore przyjechał na wypoczynek z rodziną i z tego względu jest bez motocykla.

Umówiliśmy się na spotkanie w dobrze znanym nam barze na plaży. W końcu udaje nam się poznać w realnym świecie. Co innego pisać wiadomości na WApp a co innego rozmawiać tête-à-tête. Pogadaliśmy chwilę, ale niestety Grigore musiał lecieć. Obiecał, że zapozna nas jeszcze z innymi znajomymi motocyklistami, którzy mają wkrótce przyjechać na kemping.

Faktycznie na kempingu pojawiły się jakieś motocykle. Jednak nasza znajomość zakończyła się na etapie przywitania. Rumuńska ekipa gdzieś znikła, a my zostaliśmy w swoim gronie. Może to i lepiej, bo następnego dnia Yasiu skoro świt ruszał do PL. Z tego względu postanowiliśmy zrobić małe podsumowanie naszego tripu. 🙂

Sobota, 15.06.2019. Wstajemy razem z Yasiem jak to się mówi “z kurami”. Tak jak w zeszłym roku w Albanii i tutaj towarzyszę mu do samej granicy. Coraz lepiej nam idą te pożegnania. Rozstając się już (prawie) nie płaczemy.

Yasiu pojechał, a ja wracam do Krapec.

Przy śniadaniu postanawiamy, że jutro rano ruszamy w kierunku Serbii. W związku z tym dziś szykuje się dzień z cyklu nic nie robienia oraz ładowania akumulatorów energią słoneczną i nie tylko. A że po moim motocyklowym koledze i jego znajomych ani widu ani słychu, postanawiamy zająć się sami sobą. 🙂

Niedziela, 16.06.2019. Ostatni dzień pobytu nad morzem szybko nam zleciał. Uczciwie skorzystaliśmy z plaży i słońca, obficie przepłukaliśmy nasze schorowane zatoki morską wodą. Można zatem spadać dalej, a więc przyszedł czas szykowania się w trasę.

Co przyniesie dzisiejsza droga tego nie wie nikt. 🙂

Udało nam się ruszyć zanim upał zalał nas żarem, a powietrze zrobiło się lepkie jak roztopiona guma do żucia. Jedziemy przed siebie, mniej więcej równolegle do granicy z Rumunią utrzymując azymut na Serbię.

Co by nie mówić, jest ciekawie! Liczne pomniki, zawalające się, porzucone kombinaty i ruiny fabryk przypominają o minionej świetności Bułgarii. Dziś pozostała tylko pustka – mijamy kolejne wyludnione wioski i opuszczone miasteczka. Pełne życia są za to przydrożne knajpki. Gdy, żeby zrobić zakupy, podjeżdżamy pod jedną z nich, wydaje nam się, że wśród stałych bywalców następuje konsternacja i lekkie zdziwienie. To tak jak na westernie, kiedy obcy wchodzi do saloonu. 🙂 Na szczęście uśmiech i śmiało wypowiedziane powitanie zawsze działają rozbrajająco. Wszyscy od razu się odprężają i też zaczynają się uśmiechać. Szkoda, że nie ma czasu, żeby porozmawiać z tymi ludźmi przy flaszce czegoś mocniejszego. Każdy z nich miałby zapewne do opowiedzenia  niezwykłą, tak samo jak ten kraj, historię.

Zmarnowani upałem marzymy o dłuższym odpoczynku. Jednak wszystko na co możemy liczyć to cień koło dystrybutora z paliwem.

Na szczęście jesteśmy coraz bliżej celu, którym dzisiaj jest miejscowość Idilevo. Marta namierzyła coś, co nazywa się MotoCamp Bulgaria i jak sama nazwa wskazuje jest miejscem dedykowanym dla moto podróżników.

Spotykamy się tutaj z miłym przyjęciem. Wygodny pokój pozwala wypocząć zmęczonym motocyklistą, a zadaszone miejsce motocyklom. 🙂

Można tu poznać ciekawych ludzi podróżujących na dwóch kółkach przez świat, a i sama ekipa MotoCamp’u to motocykliści z krwi i kości, którzy nie jedną podróż mają za sobą. 🙂

Mimo, że ostatnie dni upłynęły nam na odpoczynku, to dziś zmęczeni jesteśmy okrutnie. Oczy nam się same zamykają. Ale na szczęście przed pójściem spać zdążyliśmy podsumować dzisiejszy dzień przy bułgarskim piwie. 🙂

Serbia – po raz kolejny gościnność w najlepszym wydaniu

Tranzytu przez Bułgarię do Serbii dzień kolejny. Po sytym śniadaniu spożytym w niezwykle klimatycznym barze MotoCamp’u…

…pakujemy się i ruszamy w drogę.

Wybieraliśmy w miarę możliwości boczne trasy. Trafiło nam się kilka całkiem ładnych odcinków jak ten na zdjęciu poniżej.

Kiedy jedzie się taką drogą nawet upał wydaje się być do zniesienia, a kilometry schodzą szybko.

No i faktycznie. Ostatnie tankowanie w Bułgarii – trochę się naszukaliśmy stacji, jakoś mało ich szczególnie na niektórych głównych drogach – i maleńkim przejściem granicznym w Bregowie przekraczamy granicę z Serbią. Około 17 jesteśmy w Negotinie, gdzie zatrzymujemy się na noc w dobrze nam znanym i lubianym przez nas Camp & Guesthouse for Cyclists & Adventurers.

Jedną z licznych zalet miejsca, jest to, że na strudzonych podróżników czeka pyszne, zimne piwo. 🙂

Właściciel hostelu, Bojan, poznaje nas od razu i tak jak poprzednim razem, gdy u niego byliśmy, gawędzimy o podróżach i życiu przez dłuższą chwilę.

Potem udajemy się do centrum, które jest przysłowiowy “rzut beretem” od naszego noclegu. Choć dziś jest poniedziałek, miasteczko tętni życiem. Podoba nam się tutaj i to bardzo!

Wtorek, 18 czerwca. Na dziś mamy zaplanowane dojechać do miasteczka Mladenovac, gdzie z gościną czekają na nas nasi motocyklowi przyjaciele – Komša i jego żona Gorica.

Po drodze czeka na nas jeszcze jedna atrakcja – przejazd wzdłuż Dunaju po serbskiej stronie. Najpierw z Negotinu drogą nr 35 dojeżdżamy do Kladova, za którym zatrzymujemy się na chwilę przy elektrowni wodnej “Derdap 1”. Znajduje się tutaj ogromna zapora Porțile de Fier, która swoją nazwę wzięła od przełomowego odcinka Dunaju oddzielającego Karpaty i Góry Wschodnioserbskie. Zapora stanowi jednocześnie odcinek drogi łączącej Serbię z Rumunią – jest przejściem granicznym między państwami. Zdarzyło mi się już tędy ze dwa razy przejeżdżać. 🙂

Niestety nie udaje nam się znaleźć dobrego miejsca, żeby sfotografować w całej okazałości elektrownię z zaporą. Mniej więcej od tego miejsca zaczyna się droga nr 34, która biegnie nad samym brzegiem Dunaju przez malowniczy NP Djerdap.

Widoków do podziwiania na trasie było bez liku, brakowało jednak bezpiecznych miejsc, żeby zatrzymać się na zrobienie zdjęć.

Na regeneracyjną kawkę zatrzymujemy się w Twierdzy Golubac. Gdy byłem tutaj w 2015 r. twierdza była w remoncie, a teraz wszystko prezentuje się po prostu doskonale. Odnowione mury zachęcają do zwiedzania.

My jednak wolimy podziwiać zabytki z odpowiedniej perspektywy siedząc w cieniu z filiżanką w dłoni. 🙂

Poza tym okazuje się, że czas płynie zbyt szybko, a dobrze byłoby gdybyśmy zaczęli zbliżać się do Mladenovac.

Nasyceni widokami zostawiamy Dunaj we wstecznych lusterkach i kierujemy się na Požarevac. Po małych perypetiach (tak to jest, gdy nie mając nawigacji chcę się ominąć kawałek autostrady) docieramy przed godziną 17 na opłotki Mladenovac.

Jeszcze chwila jazdy i jesteśmy z naszymi przyjaciółmi – Komszą i Goricą! 🙂

Znamy się od mniej więcej trzech lat, kiedy to spotkałem się z Komszą na trasie, gdzieś w centralnej Serbii. Gdy pod koniec naszej wspólnej podróży rozpętała się masakryczna ulewa, ten niesamowity człowiek bez mrugnięcia okiem po prostu zabrał nas do siebie. Możecie o tym przeczytać tutaj → Serbska gościnność. Nie widzieliśmy się rok, od czasu kiedy Komsza i Gorica odwiedzili nas w Gdyni. Komsza obchodził wtedy szczególny jubileusz, o czym wspomniałem w relacji z tej wizyty → Motocyklem przez życie.

Mamy tylko trzy dni, żeby nacieszyć się swoim towarzystwem. Ale za to jaki to był czas! Życie w Serbii, przynajmniej w Mladenovac, toczy się swoim własnym, niepowtarzalnym, rytmem, a my mieliśmy okazję w nim uczestniczyć!

Tutejszym zwyczajem dzień rozpoczynał się od mocnej kawy i jednego, a może dwóch lub trzech kieliszków rakii. 🙂

Śniadanie zazwyczaj spożywa się na mieście, bo nikt tutaj nie zaprząta sobie głowy gotowaniem.

Jeśli jest wolny dzień, znajomi spotykają się, żeby pogadać o sprawach codziennych i życiu. Odniosłem nieodparte wrażenie, że nikt nie przejmuje się błahostkami ani wydumanymi problemami, przede wszystkim liczą się ludzie oraz to co jest tu i teraz.

To zupełnie do nas niepodobne, ale dzięki naszym gospodarzom mieliśmy okazję sporo zwiedzić. Pierwszego dnia po naszym przyjeździe udajemy się do Belgradu. Upał był okrutny, więc wycieczka na motocyklach nie wchodziła w grę. Na szczęście od czego są samochody! 🙂

Pierwszym punktem naszej wycieczki była Avala, góra zlokalizowana na granicy Belgradu. Znajdują się tu liczne atrakcje turystyczne. Należy do nich Pomnik Sowieckich Weteranów wzniesiony dla uczczenia członków sowieckiej delegacji z 1964 roku, którzy polegli w katastrofie lotniczej w wyniku zderzenia samolotu z górą. Kolejną jest Grób Nieznanego Żołnierza, który został wzniesiony na cześć ofiar Wojen Bałkańskich i żołnierzy walczących w I Wojnie Światowej. Nieopodal znajduje się niesamowita Avala Tower, wieża telewizyjna zniszczona w 1999 roku w wyniku działań wojennych NATO i odbudowana 10 lat później. Z platformy widokowej wieży doskonale widać całą okolicę.

Po wizycie na górze Avala przenieśliśmy się do Belgradu. Byliśmy na Twierdzy Kalemegdan, pokręciliśmy się też po centrum miasta.

Nieco zmęczeni intensywnym jak na nas zwiedzaniem i upałem, chwilę wytchnienie znajdujemy w jednej z wielu znajdujących się tutaj restauracji.

Był to lokal z tradycjami, doskonała serbska kafana, gdzie jedną z atrakcji była muzyka na żywo wykonywana przez zespół serbskich mariachi.

Pełen wrażeń dzień kończymy imprezą u przyjaciół naszych gospodarzy.

Deki i Elena zgotowali dla nas prawdziwą ucztę.

Humor dopisywał, a poziom szczęścia rósł z każdym łykiem piwa i kęsem smakołyków.

Kolejny dzień zaczynamy równie przyjemnie jak poprzedni. Najpierw kawa i rakija u jednego z przyjaciół Komszy, potem późne śniadanie zjedzone na mieście. Gdy już doszliśmy do siebie, jedziemy na zwiedzanie do pobliskiego miasteczka Topola. Znajduje się tam Oplenac, cerkiew ufundowana przez pierwszego króla Serbii i Jugosławii, Piotra I. Niezwykle ciekawie prezentuje się wnętrze, składające się z mozaikowych obrazów. W podziemiach znajdują się groby rodziny królewskiej.

Odwiedzamy również królewską rezydencje i znajdujące się nieopodal winnice, które niegdyś należały do królewskiej rodziny.

Niestety, dobry czas w doskonałym towarzystwie bardzo szybko płynie. Zanim się obejrzeliśmy był już wieczór. Tego dnia ponownie spotykamy się z ekipą przyjaciół z Mladenovac na pożegnalnej kolacji.

W piątek 21 czerwca zaczyna się standardowa masakra związana z powrotnym tranzytem. Po gorącym pożegnaniu zostajemy odprowadzeni przez Komszę i Goricę w kierunku autostrady.

Zmęczeni, spaleni Słońcem i niekiedy głodni (bo nie ma czasu zjeść), robiąc dobrą minę do złej gry, jedziemy na północ, marząc tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się już w Gdyni.

Po dwóch dniach jazdy i wypiciu morza kawy, zostawiając za sobą nawinięte na koła kilometry i ludzi, których będzie nam brakować, a przywożąc wspomnienia, którymi tak trudno jest się podzielić, szczęśliwie docieramy tam dokąd mieliśmy dotrzeć.

To już jest koniec, nie ma już nic, jesteście wolni, możecie iść. 🙂