TET Germany

Poniedziałek, 24.08.2020

No i sobie jedziemy od rana nawijając na koła kolejne kilometry TET Germany. Ruszyliśmy wcześnie z Hamburga, żeby na TET wbić się w okolicy miejscowości Krems II. Na mapie ten odcinek wyglądał spoko. W rzeczywistości okazał się… nudny. Asfalt, asfalt i jeszcze raz asfalt. Czasem ze 200-300 metrów szutru. Polne drogi wyłożone płytami… Taka sytuacja.

Naprawdę dobra to była może jedna ścieżka, która prowadziła do takiej sobie rzeczki. Można było tą rzeczkę pokonać brodem co skwapliwie uczyniliśmy lub przejechać mostkiem dla rowerów. Obiecujący początek, a potem długo, długo nic.

W miejscowościach, których było całkiem sporo na tym odcinku, oczywiście obowiązywały ograniczenia do 30 na godzinę. Na dodatek raz załapaliśmy OPR od pewnej brunhildy, bo chcieliśmy przejechać przez osiedle drogą (z track’a), która jak się okazało była tylko dla mieszkańców! Ach, Ci… Niemcy! Tak czy inaczej zapowiadało się na to, że TET pokona nas… nudą.

Za Lubeką, wkurzeni trochę, ścieliśmy trasę szukając stacji paliw. Gdy po zatankowaniu motocykli i nas (kawa) wróciliśmy na track coś tam zaczęło się dziać.

Zaczął też padać deszcz. I przez to, a właściwie dzięki temu, gdy pojawiały się gruntówki było nieco błota. Trochę ślisko, trochę kolein, trochę kamieni. Czyli przynajmniej jakaś namiastka offu. 😉

Na jednym z tych nielicznych, błotnistych odcinków spotkaliśmy Stefana. Niemiecki kolega zaliczył niestety glebę. W takiej sytuacji “doświadczony” offroadowiec nawet nie pytany zawsze odpowie (napisze) że to wina opony. W tym przypadku faktycznie opona nie pomogła. Szosowe gumy to kiepski wybór, gdy na drodze pojawia się w dużej ilości mokra glina.

Chcieliśmy mu pomóc zamocować oberwany kufer, ale podziękował. Nie do końca wiemy jaki miał pomysł na dalszą podróż, bo eskorty do najbliższego asfaltu również odmówił.

Wieczorem,  znudzeni i troszkę zmoknięci wbijamy na bardzo fajny kemping nieopodal miejscowości Goldberg. Zimne piwo oraz to, że przestało padać powoduje wzrost naszych morale.

Wtorek, 25.08.2020

Pospaliśmy. Jest 9.30 gdy zaczynamy ogarniać śniadanie.

Ruszamy chyba dopiero około 12.30. Wczoraj omineliśmy kawałek TET, żeby szybciej dotrzeć na kemping. Okazuje się jednak, że nasz nocleg wypadł obok szlaku. No to cyk i jedziemy dalej TET’em.

Trochę mniej miejscowości i widoki jakby lepsze. A może jesteśmy na początku dnia mniej zmęczeni i pełni nadziei, że coś się w końcu zacznie tutaj dziać? 🙂

No i faktycznie. Jest jakby nieco więcej szutru, a i leśne drogi się pojawiają. Nie są to już takie ogryzki jak wczoraj, bo nawet odcinki po 2-3 km. No, no!

Podczas postoju na kawę poznajemy niemieckiego motocyklistę. Stolli wraca z dalszej podróży. Był na międzynarodowym spotkaniu wielbicieli dwóch kółek, którzy służą w ochotniczej straży pożarnej.

Pod koniec dzisiejszej trasy trafia się dość konkretny podjazd po piachu (zdjęcia oczywiście brak). Niemieccy rowerzyści z trudem zjeżdżają w dół, a V-Strom bez problemu (no powiedzmy) wjeżdża na górę. Czy ja taki dobry kierownik jestem?  Nie… raczej to oni tacy kiepscy. 😉 Tak czy inaczej podobno wzbudziłem u nich radość (Marta widziała ich miny), że pokonałem górę, która im sprawiła trudność.

Potem jeszcze fajna, wąska ścieżka (czymś szerszym niż deel bym się tam nie pchał) i jeszcze spory, elegancki, nieco techniczny kawałek przez las. No to było coś! Aż kamera poszła w ruch (Tylko kto i kiedy to obrobi)!

Na kempingu lądujemy w miasteczku Furstenberg. Akurat zdążyliśmy rozbić namiot i zaczyna kropić. Jest wiata więc można spokojnie zjeść kolację i wypić browara. 😉

Środa, 26.08.2020

W nocy to już leje konkretnie! Gdy wstajemy około ósmej chwila przerwy i znów zaczyna! Zwijanie namiotu w deszczu to naprawdę świetna zabawa. Gdy już graty zostały spakowane jemy śniadanie. Na szczęście są tutaj te wiaty o których wspominałem.

Kombinezony ubrane i jazda! Co by nie mówić ale ten 150 km odcinek TET Germany do granicy z Polską i jeszcze z 50 km wczorajszego dnia są naprawdę udane. Leśne i polne drogi pełne kałuż, błota lub piachu. Ot co! Wreszcie coś się dzieje. TET się zrehabilitował. Fajna trasa tylko że miejscami leje jak z cebra! Ani zdjęcie zrobić, ani zatrzymać się nie ma sensu.

Około 16 lądujemy z perypetiami w PL. Źle pojechałem na zjeździe, a akurat trafił się kawał drogi ekspresowej, gdzie nie można było bezpiecznie zawrócić! Transalp oczywiście był już na oparach. Wizja spuszczania paliwa z deela na całe szczęście się nie ziściła, bo jakoś jednak udało się bokami dociągnąć do stacji.

Mamy dość jazdy w deszczu więc zostajemy na noc zaraz za granicą w miasteczku Chojna. Może to i dobrze, bo stąd mamy jutro dobry start na TET Polska. 😉

Więcej o naszym powrocie do domu przeczytacie → tutaj.

Podsumowanie wycieczki i praktyczne informacje o TET Germany wkrótce. Dziś już padam na pysk i muszę iść spać. 🙂


Po pierwsze mimo dość krytycznego nastawienia muszę przyznać że TET Germany to kawał dobrej roboty. Trzeba pamiętać, że w Niemczech obowiązuje kategoryczny zakaz jeżdżenia poza drogami dopuszczonymi do ruchu, w tym w lasach. Faktycznie,  wielokrotnie widzieliśmy znaki zakazu albo po prostu szlabany na wjeździe do lasu.

Po drugie część zachodnia kraju jest gęsto usiana małymi miejscowościami i wioskami, a to nie ułatwia pracy przy wytyczaniu szlaku. Te drogi najniższej kategorii, które są dopuszczone do ruchu, zazwyczaj zostały wyłożone płytami lub wylane asfaltem – co kraj to obyczaj. Znacznie lepiej wygląda sytuacja bliżej granicy z Polską. Tutaj raczej nikt nie będzie się nudzić.

Podsumowując, z całego odcinka, który przejechaliśmy, na pewno warty uwagi jest fragment od granicy z Polską, aż do mniej więcej Shwerin. Wcześniej było po prostu nudno. Jak ktoś lubi jechać wiochami 30 km/h to ok,  my jednak wolimy leśne ścieżki i polne dukty. Nie wiem jak inne sekcje, bo wjeżdżaliśmy na track mniej więcej na wysokości Hamburga w Krems II i jechaliśmy sekcją drugą. TET Germany składa się ogólnie z czterech sekcji, a druga jest podobno najbardziej offroadowa.

Tyle na razie na gorąco.