GribakOFF

GribakOFF — tak ochrzczony został mój sierpniowy wypad. Pełny przygód, śmiechu i nieoczekiwanych zwrotów na trasie.

Było wszystko, czego potrzeba, żeby dobrze się bawić w klimacie ADV. KrzakOFF, PiachOFF, KukurydzaOFF, KapećOFF, a nawet DrutOFF — to tylko część atrakcji, które spotkały nas po drodze.

GribakOFF to nowa jakość, nowy standard spotkań ADV. Zostawia kurz na twarzy, piach między zębami (i w filtrze powietrza), a do tego sprawia, że chcesz tylko jednego — jeszcze więcej.

Taki właśnie był GribakOFF. Chciałbym Wam o tym opowiedzieć…

Choć szczerze mówiąc… nie wiem, jak to zrobić! Tak, tak — pisanie relacji przychodzi mi coraz trudniej. No dobra, zacznę po prostu od początku.

Pierwotnie planowaliśmy ten trip na połowę lipca. Wypad miał się odbyć w tym samym czasie, kiedy spotkanie Marty „Baby na Motóry”. Kierunek wyszedł na Mazury i Podlasie — tereny idealne do jazdy ADV i już od dawna miałem ochotę tam wrócić. Poza tym Marta też miała się właśnie tam kręcić, więc może udałoby się zupełnie „przypadkiem” gdzieś spotkać w locie.

Finalnie jednak plan się posypał — pogoda była fatalna i pokrzyżowała wszystkie zamiary.

Czas leci szybko. Lipiec dobiegał końca — o całym pomyśle zdążyłem już zapomnieć, albo może po prostu odłożyłem go na bliżej nieokreśloną przyszłość. I wtedy do akcji wkroczył Irek, znany u nas jako Ojciec. To on przypomniał mi o naszym niezrealizowanym wyjeździe…

W zasadzie nie planowałem już żadnych wojaży przed naszym głównym wypadem w tym roku — motoSTFORKOWYM tripem na → ACT Italia.

Do tego, jak zwykle, trochę roboty czekało na mnie w Griba Garage, no i miałem rozgrzebanych jeszcze kilka innych spraw… Ale z drugiej strony — szkoda zmarnować taką okazję. Przecież tak młodo już się nie spotkamy…

Pogoda zapowiadała się lux, a kalendarz zasponsorował nam dodatkowo wolny czwartek. Nic tak naprawdę nie stało na przeszkodzie, żeby się ruszyć — a wręcz przeciwnie, wszystko sprzyjało temu, żeby się gdzieś przejechać!

Pomyślałem: w sumie, czemu nie? Będzie można sprawdzić moje autorskie tracki GPX, które ułożyłem jakiś czas temu, leżąc na gribowej kanapie w gribowym salonie.

Start podróży zaplanowaliśmy na czwartek rano, 14 sierpnia. Dzień wolny, więc ruch na drogach spory. Umówiłem się z Ojcem na Orlenie w Kiezmarku. Humory dopisują — czuć już smak zbliżającej się przygody.

Ruszamy. Najpierw „starą” siódemką podskoczyliśmy w okolice Pasłęka. To stąd zaczynamy właściwą podróż.

Trasa on-off wiedzie na północ. W okolicach Bartoszyc dobijamy niemal do samej granicy, by na koniec dnia dotrzeć w okolice Giżycka.

Nudy nie ma…

…bo po drodze trafiają się atrakcje! Były offroadowe wyzwania, na przykład taki KrzakOFF…

Były też takie, które są utrapieniem każdego posiadacza motocykla z ogumieniem TT — czyli KapećOFF…

Na szczęście, wspólnymi siłami i moją dętką (bo dętka Irka nie nadawała się już do niczego, a zapasu akurat nie miał) ogarniamy awarię.

Mam koło Giżycka nagraną miejscówkę nad jeziorem. Najpierw jednak zakupy. W Biedronce kosmos — ludu od groma! Jak zawsze, kiedy zbliża się długi weekend. Jakoś się udaje i mamy żarło na kolację i śniadanie.

Podjeżdżamy na miejscówkę. Fajnie, ale tutaj też tłok jak cholera. Kampery, łódki, wielkie (jak cyrkowe) namioty, busy — czego tam nie było! Wciskamy się gdzieś pomiędzy cały ten majdan z naszymi motkami i namiocikami.

Kolacja! A potem Ojciec przysiada się do któregoś z ognisk — chciał upiec kiełbasę. Ja po chwili dołączam i zaczynają się nocne Polaków rozmowy.

Od naszego ogniskowego gospodarza dowiadujemy się, że w ten weekend wyjątkowo dużo ludu się nazjeżdżało. Jedna z grup obozuje tu non stop od wiosny do jesieni! No, no! My na szczęście tylko na jedną noc.

Kładziemy się, zatyczki ratują sytuację i udaje się kimnąć. 🙂

Rano spokój — rodacy zmęczeni czwartkowym imprezowaniem jeszcze śpią. Chill!

Zaliczam kąpiel w jeziorze — woda jest cudowna! Improwizowane śniadanie z resztek, wspólna kawka, a potem się zwijamy. Co robić — komu w drogę, temu czas!

No, ale przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo!

No i lecimy w kierunku Giżycka, żeby tam wskoczyć na kawałek objazdu TET. A gdy ten się kończy, znów przejmuję kontrolę nad nawigacją.

Piękne odcinki trafiły nam się tego dnia! Dobra zabawa trwa! Szkoda tylko, że kurzy się jak cholera…

Postój na posiłek wypada nam w Olecku. Pizza zaliczona, kawka też — taki przystanek po drodze to już prawie rytuał. Jest czas na regenerację sił, można pogadać tête-à-tête, a nie przez interkom.

Trasa — choć układana na kanapie — cały czas trzyma wysoki poziom, dając nam mnóstwo wrażeń i prowadząc do naprawdę pięknych miejsc. W jednym z nich nasze mechaniczne koniki spotkały się z tymi żywymi.

Obieramy kierunek na Białystok…

Co prawda mieliśmy najpierw dojechać do Malesowizny, ale plany się zmieniły — ostatecznie ją odpuściliśmy. Białystok postanowiliśmy ominąć szerokim łukiem, żeby na noc wylądować na sprawdzonej miejscówce w Kurowie.

Choć na trasie dzieje się, robota idzie z gazem! Za Suwałkami wpadamy na szutrostrady — można lecieć, że hej!

Dzięki temu względnie wcześnie docieramy na naszą miejscówkę i szybciutko rozbijamy namioty.

Wszystko po to, żeby odpalić browary (u mnie bezalko), a potem… rozmowom o życiu nie ma końca. 🙂

Sobota rano… To właściwie już połowa wyjazdu. Czas powoli ruszać w kierunku domu (a może garażu)! Ale najpierw — śniadanie i kawa.

Niektórzy mówią, że prawdziwa przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się asfalt. Ja tam nie wiem — nie znam się. 😉

Z Kurowa ruszamy w kierunku Mazur. Trasa dobra, ale coś tam jest jakby za dużo asfaltu. Gdy się pojawia, zaczynam improwizować, omijając niepożądane fragmenty. Lecimy przez lasy i łąki, trafiają się też techniczne ścieżki przez pola.

I piachu jest dziś całkiem sporo — zupełnie inaczej niż w północnej części Podlasia. Normalnie taki PiachOFF!

Raz coś poszło nie tak — droga zniknęła i trafiliśmy na manowce, ale udało się wyjechać na szlak bez zawracania.

Do atrakcji tego dnia zaliczyłbym też obiad w barze Dziki Express w Kolnie. Nie tylko menu było warte uwagi, ale i sama aranżacja miejsca.

Najedzeni i pełni sił ruszamy dalej. I co? Po chwili na trasie mamy kolejny na tym wyjeździe, bardzo atrakcyjny przejazd przez chaszcze!

Tak to właśnie wyglądało…

KrzakOFF był dobry, a trasa wytyczona jak po sznurku!

No tak, sznurki owszem były… ale od pastucha! Szerokość akurat na motocykl ADV z bagażem. Kto to tyczył?! No cóż… chyba ja. 🙂

To wtedy po raz pierwszy z ust Ojca padło magiczne słowo: GribakOFF!

Docieramy w okolice Szczytna. Okazało się, że znalezienie noclegu będzie trudne! Meta, którą wybraliśmy na cel, nie wyglądała najlepiej — okazało się, że to wielki, mocno obłożony kemping. Nie lubimy takich miejsc!

Na szczęście wpadłem na pomysł, żeby podjechać do pobliskiego ośrodka w Budach. Byłem tam z Martą na majówkę — pamiętają mnie jeszcze! Możemy rozbić się na polanie za domkami.

To już niedziela. Pogoda rano była taka sobie, ale na szczęście słońce w końcu wyszło zza chmur. I znów czas ruszać!

Choć to już ostatnia prosta do domu, znów czeka nas dobra zabawa! Na rozgrzewkę wjeżdżamy w pole kukurydzy. To majowy track Marty zaprowadził nas tu, ale wtedy na polu nic nie było! A teraz — KukurydzaOFF!

Prawie nigdy nie zawracam… To jest ten jeden z nielicznych razy, kiedy trzeba się było kawałek cofnąć. 🙂

Jedziemy, jedziemy, jedziemy… Mieliśmy być wcześniej w domu… ale zawsze coś! Łapię gumę! Dętki już nie mamy — zużyliśmy ją pierwszego dnia u Ojca.

Rozkładamy polowy warsztat obok kebabowni w Olsztynku. I zjeść tutaj można, i motocykl naprawić… Na szczęście łatka załatwia sprawę.

Przy okazji KapećOFF mamy też DrutOFF! Ojciec wyciąga z Afry spory kawał drutu, który nawinął się na oś jego motocykla!

Koniec końców dojeżdżamy offem do Pasłęka. Było pięknie!

Potem jeszcze razem zaliczamy tranzyt do Kiezmarka — stara „siódemka” do usług. Zawsze to lepsze niż S7, gdzie dziś wzmożony ruch i korki.

To już koniec naszej wyprawy. Żegnamy się czule i wracamy każdy do siebie przez nudne, zatłoczone Trójmiasto.

To było ponad 1200 km doskonałej zabawy! No to jak — kiedy znowu umawiamy się na… GribakOFF? 😀