W tym roku plan naszego kolejnego motocyklowego wypadu krystalizował się dość opornie. Wszystko przez to, że wcześniejsze wyjazdy ze zleconym transportem motocykli — dwukrotnie braliśmy udział w takich wyprawach, odwiedzając Maroko i Gruzję — po prostu trochę nas rozleniwiły. 🙂

Ciężko było nam się jakoś zebrać, ale w końcu wzięliśmy na tapet sprawdzone już kiedyś przez nas rozwiązanie — sięgnęliśmy do bazy tras Adventure Country Track. Początkowo myśleliśmy o wyprawie do Grecji i podążaniu tamtejszym szlakiem ACT. Trasę wcześniej przetestowali już Martyna i Wasyl. A że wystawili pozytywne rekomendacje, więc wiedzieliśmy, że nudy tam na pewno nie będzie. Zapowiadało się całkiem nieźle!

Trochę jednak przerażał nas tranzyt do tej destynacji. Po prostu Grecja jest dość daleko! A i po drodze niezbyt ciekawie — ocenialiśmy dojazd pod kątem przejazdu z przyczepą. Wtedy pojawił się alternatywny plan, który zakładał możliwość odwiedzenia Włoch.

Z tego co zorientowała się Marta, równie smakowicie jak ACT Greece, prezentuje się trasa ACT Italia. Ostatecznie po rozważeniu wszystkich za i przeciw wyszło nam, że prościej i szybciej niż do Grecji, dotrzemy na Półwysep Apeniński. Postanowiliśmy zatem zmienić destynację naszej podróży.
Do Włoch dojechaliśmy samochodem, transportując nasze motocykle na przyczepie.

Nie wyobrażamy sobie obecnie tranzytu na kołach, gdy nie mamy czasu na dojazd offem, czy choćby bocznymi, mniej uczęszczanymi asfaltami!
Gdybyśmy się zdecydowali jechać motocyklami, trzeba byłoby gnać autostradami, bo na urlop przeznaczyliśmy około 15 dni. A mimo tego, iż track ACT Italia przebiega w północno-centralnej części kraju to samego przelotu w okolice Arezzo, gdzie mieliśmy zapewnioną bazę, wyszło w obie strony aż 3750 km! A to już całkiem sporo!
Co by nie mówić to tranzyt na przyczepie to jest to! Dwóch kierowców jedzie na zmianę. Nie przejmujesz się czy jest deszcz, czy niska temperatura. Można jechać i pić kawkę, zagryzając kanapką.

Co prawda nie można gnać nie wiadomo jak prędko, ale i tak na dłuższej trasie zyskasz sporo czasu. Dojedziesz szybciej i mniej zmęczony, niż jadąc na dwóch kołach.

Tranzyt do Włoch zajął nam około dwa i pół dnia, przy czym nie spieszyliśmy się zbytnio. Z Gdyni wyjechaliśmy w sobotę 30 sierpnia około godziny 11. Zależało nam, żeby jechać jak najlepszymi drogami, bo to kluczowy warunek, żeby sprawnie się przemieszczać samochodem z przyczepą. Dlatego pojechaliśmy przez Niemcy, a potem Austrię. Granicę z Włochami przekroczyliśmy w Brenner. Cały czas trzymaliśmy się autostrad. Po drodze zaliczyliśmy dwa noclegi.
Jak już wspomniałem, musieliśmy dotrzeć w okolice Arezzo. Dzięki naszej motocyklowej kumpeli Sylwii, złapaliśmy kontakt z jej koleżanką Anią, która ma dom w Toskanii. Na posesji znalazło się miejsce, gdzie mogliśmy bezpiecznie zostawić samochód i przyczepę.

Od Ani ruszyliśmy w poniedziałek około godziny 15. Pierwszy dzień na motocyklach to był dojazd bocznymi asfaltami w okolice miejscowości Bertinoro, na początek pierwszego dnia ACT Italia.
W trakcie całego wyjazdu na koła naszych maszyn nawinęliśmy około 1550 km. Większość tego dystansu stanowił oczywiście track ACT Italia. Do tego doszły dojazdówki – z okolic Arezzo na początek trasy i przejazd nad morze po zakończeniu ACT, a także powrót na bazę po zakończeniu wypoczynku nad Adriatykiem.
Trasę ACT robiliśmy do niedzieli, czyli zajęło nam to nieco dłużej niż zakłada strona projektu, która przewiduję pokonanie całości w pięć dni. My jednak od razu przyjęliśmy, że nie będziemy się kurczowo trzymać tego planu. Zresztą już pierwszego dnia złapaliśmy małe opóźnienie, bo do południa padał deszcz i ruszyliśmy dopiero wtedy, gdy się wypogodziło.
Na noclegi zatrzymywaliśmy tak, jak nam wypadło po trasie nie próbując na siłę dojechać do mety wytyczonej na koniec każdego dnia ACT. Trzeba przyznać, że trafiały nam się niezłe miejscówki. Chyba jedną z najfajniejszych był nocleg na dziko na terenie opuszczonego gospodarstwa.

Spaliśmy też na kempingach różnej wielkości. Trafiały się ładne i zadbane z kameralną atmosferą, jak i duże, dość zatłoczone (mimo końca sezonu), niekiedy z mocno nadszarpniętą zębem czasu infrastrukturą. Będąc w takich miejscach przyszło mi do głowy, że Włochy to kraj, w który życie toczy się siłą rozpędu. Tyle, że każde koło zamachowe, które nie jest napędzane, musi w końcu się zatrzymać… 🙂
Ogólnie nastawiliśmy się na to, że ACT Italia to będą pitu-pitu szuterki, widoki to może i owszem jakieś się trafią, ale po tym co już widzieliśmy nie liczyliśmy na to, że Włochy jakoś szczególnie nas zaskoczą.

A jednak! Co to były za kilometry! ACT to jednak ACT – ekipa trzyma wysoki poziom! Regiony przez które przebiega track to Emilia-Romania, Toskania, Umbria i Abruzja i Marche. Są to tereny po prostu doskonałe do podróżowania w stylu ADV na dwóch kołach!

Niekończące się piękne górskie pasma towarzyszyły nam prawie cały czas!

A jeśli chodzi o atrakcyjność offroadową, to okazało się, że track to nie tylko szuterki!
Na trasie było dużo stromych zjazdów i podjazdów po skałkach, szutrach i luźnych kamieniach.
Niektóre z nich wymagały sporej uwagi!

Były też szerokie drogi przez las, gdzie można było odetchnąć od palącego słońca w cieniu drzew. Takie trasy przypominały nam to, co widzieliśmy już wcześniej na Bałkanach.

Trafiały się także wąskie ścieżki przez zarośla i chaszcze, gdzie krzaki atakowały nas ostrymi kolcami, szarpiąc nasze zbroje!

Zdarzały się też odcinki offa, gdzie trzeba było wspinać się lub zjeżdżać po skalnych półkach.

Na trasie przejeżdżaliśmy także przez dwa brody.

Łatwe do pokonania, bo raczej ze stabilnym, twardym podłożem, stanowiły jednak dodatkową atrakcję, której się nie spodziewaliśmy!
Nie można było ani chwili narzekać, bo co chwila coś się działo, a każdy dzień ACT zaskakiwał nas czymś nowym. 🙂

To, że trasy były, jeśli można tak to określić, offroadowo nie banalne, może świadczyć średnie spalanie naszych motocykli. DL przy spokojnym, stałym turystycznym tempie pali zazwyczaj około 4 litrów na każde 100 km. Jeżdżąc po górskich, offroadowych szlakach ACT spalanie potrafiło przekroczyć 5 litrów!

Tak duże były przewyższenia terenu (czego oczywiście nie widać na zdjęciach i filmach), że manetka musiała być ciągle odkręcana, potem redukcja na zjazdach i znów gaz. Taką technikę jazdy wymuszała niekończąca się ilość podjazdów i zjazdów po kamlotach, szutrach i żwirze. Niektóre z tych odcinków były na tyle strome, że wskaźnik paliwa w DL wariował i czasami potrafiła mi zniknąć jedna kreska pokazująca poziom benzyny. 🙂 Warunki drogowe wymagały ciągłych zmian prędkości i jazdy na niskich biegach, co mocno obciążało silniki naszych motocykli.
Gdy na trasie pojawiał się asfalt, były to zazwyczaj malownicze, boczne drogi niskiej kategorii.

Widokowo piękne, a i podłoże tych zapomnianych, opuszczonych tras też potrafiło zaskoczyć głębokimi dziurami, czy przełomami. Wprowadziliśmy na tę okoliczność nowe określenie kategorii podłoża w naszym motoSTFORKOWYM slangu – „offroadowy asflat”. 🙂
Widoki w górach, gdy już wyjechało się na otwartą przestrzeń, były po prostu fantastyczne!

Szczególne wrażenie zrobiła na nas trasa z drugiego dnia ACT.

Co nas dodatkowo urzekło to to, że w górach była totalna pustka! Ruch na drogach praktycznie zerowy, a wioski które mijaliśmy wyglądały jak wymarłe. Domy z pozamykanymi okiennicami i duża ilość rozpadających się pustostanów na początku trochę nas dziwiła – czuliśmy się trochę nieswojo, ale później przyzwyczailiśmy się do tego.

Niestety nieobecność ludzi to również brak czynnej infrastruktury. Generowało to spore problemy natury logistycznej, bo z zakupami było po prostu ciężko! Sklepów na trasie albo nie było, a jak już gdzieś się na nie natknęliśmy to zazwyczaj były zamknięte. Odniosłem wrażenie, że we Włoszech prawie cały czas trwa sjesta. 🙂

Podobnie sytuacja wyglądała z barami i restauracjami. W małych miasteczkach i wsiach przez które przejeżdżaliśmy, ciężko było cokolwiek znaleźć. A jak już coś się trafiło, to zazwyczaj czynne było w godzinach wieczornych. Dopiero, gdy zjechaliśmy bliżej cywilizacji – na wybrzeże, sytuacja się poprawiła i rytm życia w miasteczkach przypominał ten do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
Jak już się udało i znaleźliśmy działający sklep to… było można sobie podjeść. 🙂

W przypadku restauracji najczęściej wybieranym przez nas daniem (na pewno przeze mnie) była pizza. 😉

W niedzielę, późnym popołudniem zakończyliśmy ACT i zjechaliśmy nad morze. Mimo, że to wrzesień było jeszcze sporo ludzi, a kempingi na których się znaleźliśmy dość zatłoczone. Niektóre wyglądały jak parkingi dla kamperów…

Pobyt nad morzem podzieliliśmy na dwa miejsca – najpierw byliśmy w miejscowości Pineto, a później przenieśliśmy się do maleńkiej osady Portonovo koło miasteczka Poggio.
Włoski Adriatyk ładny, ale co mnie osłabiło to to, że prawie cała plaża jest w płatnych leżakach! Nie przepadam za tym… 😉

Woda oczywiście extra, choć wolałbym, żeby była przeźroczysta jak w Chorwacji. To dlatego, że jednym z moich ulubionych zajęć nad morzem jest przecież nurkowanie. Alternatywą był basen, który znajdował się na jednym z kempingów. 😉

Było super, bo udało nam się trochę powylegiwać na słońcu i poleniuchować w namiocie!

A potem przyszedł czas powrotu… Przejazd z nad morza do bazy rozłożyliśmy na dwa dni, żeby nie umęczyć się za bardzo. Potem było to co zawsze, czyli pakowanie się, ostatnie zakupy przed ruszeniem w trasę itp. Ostatecznie wyruszyliśmy w kierunku domu w sobotę około godziny 18.
Tym razem przyjęliśmy inny rozkład podróży. Pociągnęliśmy w nocy trasę ile się dało. Przespaliśmy się na stacji w Niemczech kilka godzin, a potem jechaliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się na dłużej dopiero w Polsce, w niedzielę późnym popołudniem w zajeździe koło Bydgoszczy. Gdybyśmy się uparli to oczywiście dojechalibyśmy tego dnia do Gdyni. Jednak wizja rozpakowywania się po nocy i powrót do domu około północy jakoś nie przypadł nam do gustu. A tak w poniedziałek koło południa byliśmy na miejscu w dobrej formie, niezmęczeni za bardzo podróżą powrotną.
I to by było na tyle! Wyjazd bardzo fajny, bez ciśnienia, gonitwy, własnym tempem – tak jak lubimy. Dwa w jednym, bo i trasa ACT Italia została zrobiona, ale zaliczyliśmy też odpoczynek nad morzem!
Alla tua salute, Italia! Kto wie, może jeszcze kiedyś tutaj wrócimy… 🙂
