Zima. Niby nic nadzwyczajnego — taka jest naturalna kolej rzeczy. A jednak zdążyłem się już od niej odzwyczaić! W ostatnich latach w Trójmieście częściej padał deszcz niż śnieg, a temperatura „na minusie” była raczej ciekawostką niż standardem. Tym razem było inaczej. Śnieg spadł przed Sylwestrem i przykrył całe miasto białą pierzyną puchu!

Potem było już tylko gorzej! Nie dość, że ciągle popadywało, to jeszcze przyszły siarczyste mrozy. Kto to widział, żeby nad samym morzem było -12°C, a w nocy nawet mniej?!

Brzmi jak żart, ale nie — chodniki przypominały lodowisko, jezdnie były białe od soli, a niebo wciąż zasnute chmurami.

W takich warunkach nie mogło być mowy o motocyklu, a na majsterkowanie było za zimno. Nic tylko palnąć sobie w łeb!
Gdy zaglądałem do garażu, miśki, maskotki na naszych motocyklach, patrzyły na mnie z niemym pytaniem: „Ile jeszcze do wiosny?!”.

Aż w końcu przyszła długo wyczekiwana odwilż! Zaczęło się jakoś zaraz po przedostatnim weekendzie lutego. Brudny śnieg w mieście zaczął szarzeć i znikać. A potem stało się coś niesamowitego! W następny piątek przyszła fala ciepła. W sobotę 28 lutego po południu termometry pokazywały +15°C!
Na to czekałem! Po przerwie od października apetyt na jazdę wrócił ze zdwojoną siłą! Standardowa trasa „wokół komina” smakowała jak nigdy!
Szybko przekonałem się, że w mieście zima odpuściła, ale na polach i łąkach — zwłaszcza w cieniu — trzyma się twardo!

Czy były błoto, lód i śnieg? Och tak!
Czy w butach było ciepło i sucho? Nie do końca. 😉
Czy było warto? Bez dwóch zdań.
Obejrzyjcie i sami oceńcie 👇
To co? Byle do wiosny! 🌞🌱😊