Maroko! Pewnie zastanawiacie się, jak do tego doszło, że po raz drugi zdecydowaliśmy się wybrać jako cel naszej podróży miejsce, w którym już przecież całkiem niedawno byliśmy. Prawda jest taka, że po pierwszej wizycie → w 2023 roku zakochaliśmy się w tym pięknym kraju! Kończąc tamtą podróż wiedzieliśmy, że kiedyś jeszcze tam wrócimy…

A że nie ma sensu czekać i odkładać planów na przyszłość, bo czas leci tak szybko, postanowiliśmy, że stanie się to na początku tego roku! Żeby dostać się do Afryki wybraliśmy sprawdzoną opcję – transport motocykli powierzyliśmy Kowalom.
Baśka i Kowal od ponad 10 lat organizują transport motocykli oraz wyprawy po Azji, Afryce i Europie. Więcej o tym co oferują można dowiedzieć się na ich stronie → podrozemotocyklowe.com.

Termin wyprawy był zaplanowany na kwiecień, a zatem tym razem mieliśmy podróżować po Maroku wiosną. I to był strzał w dziesiątkę! Mógłbym długo wymieniać korzyści…
Po pierwsze, w Polsce wiosna dopiero się rozkręcała. Kiepska z punktu widzenia motocyklistów, zimowa aura trzymała w tym roku wyjątkowo długo. Podróż w kwietniu oznaczała, że uciekniemy ze strefy zimna.
Dłużej jest jasno – zyskaliśmy co najmniej 2–3 godziny każdego dnia w stosunku do naszego poprzedniego, jesiennego wypadu. A przecież na takim wyjeździe każda chwila jest bezcenna!
Pogoda w kwietniu w Maroku? Po prostu bajkowa! Słońce, błękitne niebo, umiarkowane temperatury – od 15 stopni Celsjusza w wysokich górach do 29 na pustyni. Zazwyczaj było około 24 stopnie, czyli warunki idealne do podróżowania w stylu ADV.
No i widoki! Wiosna to zieleń, zieleń i jeszcze raz zieleń – coś, czego nie spodziewaliśmy się po północnej Afryce, którą zapamiętaliśmy z poprzedniej, jesiennej podróży w kolorach sepii i brązu. A do tego wszystkiego ośnieżone szczyty Gór Atlas majaczące w oddali… Coś niesamowitego!

Teraz kiedy byłem w Maroku drugi raz, miałem wrażenie, że jestem u siebie. Ale zarazem nadal, tak jak podczas pierwszej podróży, czułem coś wyjątkowego, co ciężko odnaleźć, kiedy poruszam się po drogach Starego Kontynentu…

Staraliśmy się wycisnąć z tego wyjazdu, co tylko można było i… chyba nam się udało. Wstawaliśmy ze wschodem słońca, rozkoszowaliśmy się każdym porankiem, pijąc kawę przed namiotem. Ruszaliśmy w trasę niespiesznie, aby delektować się każdym kilometrem. Po drodze staraliśmy się zapamiętać każdy widok, który wywarł na nas wrażenie.
Nie odpuściliśmy ani jednego kilometra! I tak na przykład przepiękną → Piste Assif Melloul przejechaliśmy tym razem w obie strony…

W drodze do → Chefchaouen, czyli Błekitnego Miasta, dołożyliśmy coś od siebie, znajdując i eksplorując niesamowite szutrowe trasy w głębi kraju.

A ludzie? Tak jak poprzednio, okazali się przyjaźni i skorzy do rozmów, co skwapliwie wykorzystywałem w każdej nadarzającej się sytuacji…

I to chyba tyle z podsumowania – nie mam siły, czasu ani pomysłu, jak to wszystko przekazać, co przeżyliśmy w Maroku przez te dwa tygodnie… Spróbuję jednak za pomocą fotorelacji pokazać, jak wyglądała nasza przygoda…

Od czego zaczyna się każda taka wyprawa? Powiedziałbym, że od przygotowania motocykli, czyli serwisu i sprawdzenia wszystkiego co możliwe. Ale to chyba oczywiste. A potem trzeba się było jeszcze spakować…

…i dostarczyć maszyny z rzeczami do punktu, skąd miały być przetransportowane na południe Europy, do Malagi…

Miejscem spotu był Łańcut, bo tam znajduje się centrala firmy transportowej → podrozemotocyklowe.com.

Gdy nadszedł czas wyprawy, musieliśmy przetransportować się i my. Z Polski startowaliśmy dosłownie i w przenośni w niedzielę 12.04.2026 r.

Noc spędziliśmy w hotelu Posadas De España pod Malagą. W trasę ruszamy następnego dnia, czyli w poniedziałek. Pierwszym zadaniem było pokonanie nudnej dojazdówki asfaltem do Algeciras. Po drodze zakupiliśmy bilety na prom. W tym roku koszt przepłynięcia do Tanger Med w obie strony wyniósł 127 euro. To nieco więcej niż dwa lata temu, a trzeba zauważyć, że była to cena w promocji.

Potem było trochę czekania na bramkach w porcie i w końcu wjechaliśmy na pokład promu. Był czas, żeby wypić kawę i pogadać.

Wszystko się udaje i jesteśmy w Tanger Med. Po kontroli dokumentów, zakupieniu marokańskich kart SIM i wypłaceniu kasy możemy jechać dalej. Udajemy się do miasteczka → Fnideq, gdzie spędzimy noc w przytulnym hotelu.
Wieczorem, po wspólnej kolacji, zaliczamy spacer. Jest ciepło i przyjemnie – miasteczko wieczorem ma swój klimat, a wiatr od morza niesie smak zbliżającej się przygody!

Słoneczny poranek wita nas piękną pogodą! Niespiesznie delektujemy się pierwszym marokańskim śniadaniem. Pijemy kawę, chłonąc otaczający nas klimat.

Dzisiejsza trasa w dużej części przebiega nad brzegiem → Morza Alborańskiego. Zatrzymujemy się na chwilę na przydrożnym parkingu. Siedzimy na murku i cieszymy się jak cholera, że znów tu jesteśmy! 🙂

Przy tej okazji udaje mi się porozmawiać z panem, który sprzedaje tutaj kawę. Tak miło nam się gawędziło, że mało brakowało, a kawa byłaby gratis! Mimo protestów udaje mi się jednak zapłacić i w ten sposób wspomóc rozwój marokańskiego small biznesu.

Kolejne znajomości nawiążemy już wkrótce w miasteczku Al-Dżabha. Sympatyczny Pan kelner… 😉

Poznajemy także → @wissou_bz, która podróżuje z ojcem samochodem terenowym, ale w przyszłości planuje zrobić prawo jazdy na motocykl.

Dzień powoli zmierza ku końcowi. Drugi nocleg na marokańskiej ziemi będzie pod namiotami. Polana na której mieliśmy spędzić noc, znajdowała się w pięknych okolicznościach przyrody.

Miejscówka była super, a widoki niesamowite! Korzystając z okazji udałem się na spacer po okolicy. Nie mogłem się napatrzeć na góry i zachodzące za nimi słońce!

Wieczorem następuje integracji ciąg dalszy. Jest nas tutaj ponad 15 osób, więc było o czym rozmawiać. Gdy zachodzi słońce, impreza powoli zamiera. Ekipa powoli zawija się do namiotów. Robi się dość chłodno co ostatecznie przesądza o końcu spotkania. Dobrze mieć porządny śpiwór!
Śpię krótko, budzę się chyba koło 4 nad ranem. To pewnie dlatego, że już nie mogę doczekać się kolejnego dnia! Wkrótce przychodzi poranek…

Najpierw kawka, pogaduchy z Kowalami i współtowarzyszami naszej marokańskiej przygody. A potem powoli zwijamy nasze obozowisko – jak zwykle nie spieszymy się i z miejscówki wyjeżdżamy jako ostatni…
Wczorajszy dzień był stricte asfaltowy, a dziś początek trasy to przyjemny offroad! W końcu coś się dzieje, a i widoki, które nam towarzyszą są całkiem, całkiem!

Choć z obozowiska wyruszyliśmy ostatni, to szybko doganiamy kolejnych uczestników naszej eskapady. Wkrótce spotykamy większą grupę, która zagubiła się na trasie. Wszystko przez błąd w śladzie – w jednym z miejsc track nie pokrywał się z drogą i wyprowadził ekipę na manowce!
Układanie tras oraz nawigowanie to dla mnie nic nowego, więc szybko odnajduję objazd pechowego odcinka i wszyscy ruszają dalej.
Oczywiście nie zabrakło okazji do tego, żeby pogadać chwilkę z mieszkańcami mijanych miejscowości.

Po skończeniu odcinka offu, wypadamy na drogę w jakiejś niezbyt dużej miejscowości. Jest bar, bierzemy omlecik i kawkę. W ten sposób uzupełniamy nasze siły na dalszą część trasy.

Cieszymy się bardzo, że znów tu jesteśmy – Maroko dla nas to magiczne miejsce!

Magiczna jest też marokańska wiosna, która daje o sobie znać na każdym kilometrze! Gdzie nie spojrzeć, jest… niesamowicie zielono. Mimo że jesteśmy na terenach górskich, roślinność jest bardzo bujna!

Dzień pełen wrażeń kończymy na niewielkim, klimatycznym kempingu, który znajduje się nieopodal miejscowości → Taza.
W mocy było cieplej niż wczoraj, ale poranek i tak okazuje się dość rześki. Jednak wschodzące słońce zaczyna mocno grzać i po chwili temperatura szybko wzrasta.

Gdy tylko ruszyliśmy, zaraz się zaczęło… Dolina z rzeką i kręta, wąska droga, a w oddali zielone wzgórza. Choć byliśmy na tym samym kempingu poprzednim razem, to tędy jeszcze nie jechaliśmy…

W oddali było widać szczyty gór Atlas pokryte śniegiem!

A potem było jeszcze lepiej. Szutrowo-kamienna droga przybliżyła nas do ośnieżonych łańcuchów górskich…

I tak sobie jechaliśmy podziwiając widoki i jechaliśmy, aż dojechaliśmy do miasteczka → Missour. A stamtąd było już blisko na kolejny nocleg…

Schronienie miały nam dać ruiny starego fortu. Kiedyś miejsce to służyło za jedną z baz na trasie rajdu Paryż-Dakar.
Poprzednim razem do fortu dojechaliśmy po zmroku. Ale teraz dzień jest dłuższy! Rozbijamy obozowisko i nadal jest jasno.

Kolejny dzień w Maroku zmierzał ku końcowi…

Słońce powoli znikało za horyzontem, a ja siedziałem na kamieniu i nie mogłem się napatrzeć na ten spektakl! Minuty rozciągały się w nieskończoność, starałem się jak najlepiej zapamiętać każdą chwilę…

Noc szybko minęła i gdy nastał ranek, po drugiej stronie fortu znów było co podziwiać – wschód oświetlał pustynię niezwykłym blaskiem.

Dziś mieliśmy podążać dawną trasą Rajdu Paryż-Dakar drogami taka jak ta…

Sama pustynia nie jest trudna do pokonania jeśli trzymać się wytyczonych szlaków. Pewne wyzwanie stanowią wymyte przez deszcze przełomy. Niektóre były łagodne, łatwe do przejechania. Inne bardzo strome i żeby je pokonać trzeba było szukać dogodnego zjazdu i wyjazdu.

Sprawnie pokonywaliśmy kolejne przeszkody i wkrótce pustynia została za nami…

Na koniec został zjazd po kamiennych półkach…

A potem tego dnia jeszcze jeden przyjemny kawałek offu. Gdy ten się skończył, po długim i nużącym asfaltowym przelocie, znaleźliśmy się u podnóża Sahary. W miejscowości → Merzouga mieliśmy zostać dwa dni.
Rano udaje nam się wstać na tyle wcześnie, żeby móc podziwiać początek nowego dnia. Z hotelu mieliśmy dosłownie kilka kroków na Saharę…

Wielbłądy mają to na co dzień, my tylko raz na jakiś czas. Mimo to nie zamieniłbym się z nimi!

Głównym punktem dzisiejszego programu jest wycieczka wokół okolicznych wydm. Nasze bagaże zostają w hotelu, jedziemy na lekko, będzie można pobawić się w tej… dużej piaskownicy!

Po objechaniu wydm wracamy do miejscowości, gdzie odwiedzamy jezioro → Lac Dayet Srij. Zazwyczaj jest ono suche, a na dnie nie ma wody tylko muł. Tym razem jest jednak inaczej. Po wyjątkowo deszczowej zimie zbiornik jest pełen wody! To coś niezwykłego co nie zdarza się zbyt często.

Nie była to dla nas ostatnia atrakcja tego dnia. Wraz z Martą wracamy na pustynię, a naszym celem są wydmy!

Jazda ciężkim motocyklem po górach piachu to coś co kiedyś wydawało nam się niemożliwe, a dziś przychodzi z łatwością.
Zadowoleni, pełni wrażeń, wracamy do naszego hotelu odpocząć przed jutrzejszym dniem.

Czas szybko leci. Zaczyna się kolejny etap podróży. Z miasteczka Merzouga ruszamy na zachód. Przed nami kolejny offroadowy odcinek, początek dzisiejszej trasy biegnie przez pustynię.

Jedzie się dobrze, większość drogi to szutry, czasami podłoże staje się mocno kamieniste, zdarzają się też niewielkie przełomy, uskoki, czasem koleiny. Na trasie – jak to na pustyni – nie brakuje też odcinków kopnego piachu. Na Kaszubach mamy tego sporo, nie robi to zatem na nas wielkiego wrażenia.

Po kawałku asfaltu czeka na nas kolejna atrakcja. To górska szutrostrada MH10, trasa która prowadzi przez → Góry Atlas Wysoki.

Naszą metą na dziś jest kemping za miasteczkiem → Tinghir o nazwie takiej samej jak szczyty gór, które zostają za nami → Atlas.

Nieopodal kempingu znajduje się warsztat samochodowy → Garage Ahmed. Dwa lata temu naprawiałem tutaj oponę rozprutą przez marokańskie kamienie.

Tym razem pomocy potrzebuje kolega Trusek. Problem zostaje namierzony, a awaria szybko zlikwidowana.

Pan Ahmed pamięta mnie i moją historię. Na maszynie trzyma nasz motoSTFORKOWY magnes, który od nas dostał… 🙂

Na kempingu wesoło! W naszej grupie święto – dziś urodziny Kowala. Potem wspólna kolacja, który kończy dzień pełen wrażeń.
Pierwsze kilometry nowego dnia i znów przepięknie widokowo!

Jedyne do czego można byłoby się przyczepić to to, że dwa lata temu nie było tutaj asfaltu, to był dobry off!

Teraz jedziemy po czarnym i wszystko wygląda nieco inaczej, choć nadal jest zjawiskowo!

Brama, która dla mieszkańców miasteczka nie jest zapewne niczym istotnym…

…dla nas wydaje się czymś niezwykłym. Dlatego koniecznie musimy zrobić sobie przy niej zdjęcia!

Po sesji foto ruszamy dalej. Czekają na nas kolejne widoki po drodze – było ich całe mnóstwo! Z każdym kolejnym dniem ilość niezwykłych, przepięknych krajobrazów była tak wielka, że nie byliśmy w stanie wszystkiego udokumentować. Gdybyśmy co chwila zatrzymywali się na zdjęcie nigdzie byśmy nie dojechali!

Kolejny punkt na trasie to → Dadès Gorges. Ładne miejsce, ale żeby specjalnie tutaj jechać – to raczej bezcelowe. W Maroku jest całe mnóstwo ciekawszych miejsc do odwiedzenia. Tym razem serpentyny znalazły się na trasie, więc… miało to sens.

Mural przy drodze w jednym z wielu miasteczek, przez które przejeżdżaliśmy…

Gdzieś w trasie…

Kanion niespodzianka, a właściwie jego końcówka…

Z każdym kilometrem wdrapywaliśmy się dzielnie do góry wgryzając się w kolejne pasma gór Atlas Wysoki.

Finalnie znaleźliśmy się na wysokości ponad 3000 metrów. Temperatura znacząco spadła…

…a w niektórych miejscach natrafiliśmy na pozostałości zimy. Czasami topniejący śnieg tworzył strumienie, przez które musieliśmy przejeżdżać.

Na metę dojeżdżamy o zmroku, tym razem jako ostatni… Trochę z mojej winy, bo zbyt kurczowo chciałem się trzymać track’a i w jednym miejscu trzeba było zawracać…
– No ale track był przecież źle poprowadzony…
– Ale droga biegła dalej, trzeba było jechać drogą…
– Po co w takim razie ten track, jak i tak mam jechać drogą?
Nasz nocleg znajduje się w Maison d’Hôtes Dar Ahansal. Z właścicielem hotelu i jego bratankiem poznałem się przez… Instagram jeszcze przed wyjazdem do Maroka. Połączył nas algorytm. Zaczęliśmy do siebie pisać i wyszło, że nocleg w tym miejscu będzie idealnie pasował całej naszej grupie!

Kolejny dzień to dzień, który można śmiało nazwać dniem → Piste Assif Melloul! Trasa wywarła na nas niesamowite wrażenie za pierwszym razem i wiedzieliśmy, że na pewno musimy na nią kiedyś wrócić.

Zaczynamy dzień w innym miejscu niż dwa lata temu, trasę mieliśmy zatem przejechać w odwrotnym kierunku niż poprzednio.

Oprócz widoków Piste Assif Melloul zapewnia również całkiem przyzwoity poziom offroad’u. A dla nas to przecież idealna kombinacja!

Dodatkową atrakcją jest widok na → Cathédrale d’Imsfrane.

Raz przejechać trasę okazało się za mało! Po dojechaniu do końca postanowiliśmy… zawrócić i pojechać w drugą stronę. 🙂

Mocno offroadowy dzień kończymy na kempingu → Zebra.
Następnego dnia odłączamy się od grupy. Nie interesuje nas Marakesz – byliśmy tam już poprzednim razem i starczy. Dlatego obieramy od razu kierunek na Chefchaouen. Wolimy być dzień szybciej w błękitnym mieście. Dzięki temu spędzimy tam dwa wieczory.
Ale to nie oznacza, że będziemy jechać asfaltem. Odpalam tryb routing przy kawce. W ten sposób powstają marokańskie tracki by Griba Garage.

Droga prowadziła przez interior, gdzie rejony są mniej górzyste. W tych okolicach nie mieliśmy jeszcze okazji jeździć. Tereny okazały się równie piękne jak to co dotychczas widzieliśmy.

Coś niesamowitego! Było trochę tak, jak na Podlasiu, a trochę jak na naszych Kaszubach.

Nawet piach w niektórych miejscach był taki, jak ten w naszych okolicach!

Po drodze do błękitnego miasta wypadł nam nocleg w winiarni. Zasada była prosta – nocleg jest gratis, ale trzeba zamówić kolację z butelką wina.

Do Chefchaouen docieramy następnego dnia popołudniu. Udaje mi się zorganizować garaż na nasze motocykle. Będziemy mogli zatem spokojnie spać nie martwiąc się, że coś się stanie.

Chwila odpoczynku, kolacja i zaczynamy zwiedzanie.

Labirynt urokliwych, szczególnie o zmroku, uliczek…

Można bez końca kręcić się po starym mieście i zawsze znajdzie się coś nowego.

Reszta ekipy zjeżdża do miasteczka następnego dnia. Czas jednak leci do przodu, nasz drugi dzień w Błękitnym Mieście szybko mija i trzeba zbierać się do domu.

Z Chefchaouen ruszamy wcześnie rano, bo chcemy zdążyć na pierwszy tego dnia prom. Wracamy do Europy… To już koniec naszej marokańskiej przygody…

Czekał nas jeszcze niezwykle nudny tranzyt do Malagi, a potem pożegnalna kolacja i ostatni nocleg w Hiszpanii. Lot do Polski mieliśmy bardzo wcześnie, ale dzięki temu dość szybko dotarliśmy do Warszawy, a stamtąd pociągiem wróciliśmy do naszej Gdyni.

Wiem, że ta relacja nie jest może jakoś mocno rozbudowana. Choć wyjazd dostarczył mnóstwo wrażeń nie potrafię przekazać tego co widziałem i czułem. Zresztą podczas podróży wolałem skupić się na tym co jest i co dzieje się dookoła mnie. To lepsze niż bieganie ze smartfonem, żeby zrobić kolejne, setne zdjęcie, czy też pisanie na bieżąco pamiętnika…
Zapraszam na Instagram, gdzie w relacjach zarchiwizowanych można znaleźć zdjęcia i filmy z podróży zarówno na moim profilu → @griba.garage jak i u Marty → @motostforky.
Oczywiście do obrobienia pozostał jeszcze materiał z kamer. Ale na to jak zwykle trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.
Jeżeli jednak kogoś zainteresowało Maroko w naszym wydaniu to polecam zapoznać się jeszcze z relacją z naszej pierwszej wyprawy do Afryki, która znajduje się tutaj → Maroko ’23.
I to by było na razie na tyle. Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba!