Po marokańskich wojażach ciężko wsiada się na motocykl! Ścieżki po bliższej i dalszej okolicy, choć piękne, znam już na pamięć. Nie wywołują we mnie takich emocji jak kiedyś…
W końcu jednak, jakoś w maju, troszkę odzyskałem apetyt na jeżdżenie. Najpierw wyruszyłem pokręcić się po okolicach Gdyni. Powód był banalny — trzeba było zrobić badanie techniczne Transalpa Marty.

Jak zwykle podczas takiej przejażdżki odwiedziłem okolice Pierwoszyna i Kazimierza.

A gdy trafił się przystanek przy ruinach ukrytych w lesie, Honda miała okazję pięknie zapozować.

Co by nie mówić, XL650V powoli staje się klasykiem. Dla mnie jazda na takim motocyklu to czysta przyjemność, zwłaszcza że znam każdy jego element — nie raz zaglądałem mu we wnętrzności!

Kolejna okazja na szwenduro nadarzyła się już wkrótce. Mój kumpel Kozioł zaprosił mnie i Wasyla na weekendowe spotkanie ADV w okolicach Tucholi. Tym razem moim towarzyszem podróży została Yamaha.

Z Trójmiasta musiałem dotrzeć w okolice Borów Tucholskich. Zapowiadała się zatem trasa biegnąca w rzadziej uczęszczanym przeze mnie kierunku. Cieszyłem się już na samą myśl o tym!

I faktycznie! Mniej więcej od Liniewa mogłem już liczyć na coś nowego.

Muszę przyznać, że w ten weekend na Kaszubach miałem pod kołami więcej piachu niż przez dwa tygodnie w Maroku!

Wszędzie było widać wiosnę. Co prawda jedną już widziałem — właśnie w Maroku — ale w końcu dotarła i do nas, na Kaszuby!

Udało mi się nawet przez chwilę podelektować widokami.

Następnego dnia, gdy wszyscy dotarli na spotkanie, okazało się, że XTZ690 to dość popularny motocykl. Na miejscu oprócz mojej Ténéré 700 było jeszcze kilka sztuk tego modelu!

No i pojechaliśmy razem na wycieczkę. A że jazda w grupie szybko mi się znudziła…

…odłączyłem się po około 50 kilometrach i ruszyłem dalej po swojemu.

W ten sposób udało mi się odwiedzić teściów na działce i spotkać się z Martą, która u nich była. W drodze powrotnej do bazy spotkania zaliczyłem jeszcze piękny zachód słońca…

No i nastała niedziela. Offem z Wasylem dojechaliśmy do Grzybowa, tam spotkaliśmy się z Jackiem, Martyną i Michałem — zdjęć jednak brak, musicie uwierzyć mi na słowo. Ekipa została, a ja wróciłem sobie tylko znanymi skrótami do Gdyni. W sumie w weekend wyszło ponad 500 kilometrów.

I to by było na razie tyle. Póki co mi wystarczy! Dlatego nie zapytam: „To co? Kiedy znowu umawiamy się na off?” 😀
