VX’em all!

Czy jazda trzydziestoletnim motocyklem może sprawiać przyjemność? To zależy – w głównej mierze jednak nie od motocykla, ale od tego, kto na nim jedzie i jakie ma oczekiwania.

To już drugi raz, kiedy po długiej przerwie zdecydowałem się na wycieczkę VX’em. Wsiąść na swój pierwszy motocykl i powłóczyć się bocznymi asfaltami gdzieś w nieznane – taki przyświecał mi cel.

Moim kompanem oprócz VX’a był mój motocyklowy druh i przyjaciel SuMo. Nasza znajomość zawiązała się dzięki Suzuki VX. Poznaliśmy się właśnie przez forum tego motocykla i w 2011 roku wyruszyliśmy na Bałkany. Dla każdego z nas była to pierwsza poważna wyprawa motocyklowa. Już wtedy okazało się, że w podróży nadajemy na tych samych falach i mamy podobne podejście do bardzo wielu kwestii. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że chyba jestem jego zaginionym bratem – i tak już zostało!

Za termin tegorocznej wyprawy nieprzypadkowo obraliśmy długi weekend czerwca. Dzięki temu nie tylko zaoszczędziliśmy jeden dzień urlopu, ale nadarzyła się też okazja, żeby po drodze wpaść na coroczny Zlot VX’a, który od wielu lat odbywa się zawsze w Boże Ciało.

Jak tym razem przebiegała moja podróż? I to jest ciekawostka, bo do rodzinnego domu SuMo w Bełchatowie, gdzie się umówiliśmy, VX’a zawiozłem na przyczepie. Przyczepę z kolei ciągnął mój ukochany Turbo Lanos! To była swoista kumulacja – tyle moich zabawek w jednym miejscu – coś pięknego!

Wyruszyłem we wtorek około godziny 13. Po drodze nie mogło oczywiście zabraknąć przerwy na kawkę.

W Bełchatowie zameldowałem się krótko po 18.

W trasę ruszyliśmy w środę – też po godzinie 13. Wszystko przez deszcz, który od rana wisiał nad okolicą. Kierunek obraliśmy na Andrychów, gdzie mieliśmy odwiedzić naszych znajomych – Oliwię i Sławka.

Początkowo aura nam sprzyjała, temperatura była umiarkowana, a słońce przebijało się przez chmury.

Na ostatniej prostej pogoda jednak spłatała nam figla, nie obyło się bez akcesoriów przeciwdeszczowych.

W dobrym towarzystwie czas szybko mija i mamy czwartek. Ruszamy w kierunku Nowego Sącza. Właśnie tam odbywa się XVI edycja Zlotu VX’a. I znów finiszujemy w strugach deszczu. Zostaliśmy zaskoczeni zarówno ulewą, jak i niespodziewanym objazdem! Nie było czasu się przebrać, więc nie obyło się bez lekkiego podmoczenia. Na szczęście do rana prawie wszystko wyschnie.

Na zlocie jak to na zlocie. Gry, zabawy, hulanki, pogaduchy. Jednak gdybym nie wiedział, nie domyśliłbym się, że to Zlot Suzuki VX800. Choć na kołach przybyło ponad 20 osób, to łącznie z moim motocyklem na spotkaniu jest jeszcze zaledwie jedna sztuka tej maszyny.

W piątek zwijamy się ze zlotu i lecimy pięknymi, bocznymi trasami w Bieszczady. Dziś prowadzi SuMo – bardzo mi się podobają skróty, które wybiera! 🙂

Na miejscu odwiedzamy Frytę – koleżankę SuMo, a potem kierujemy się na metę w Ustrzykach.

Sobota to tranzyt do Kraśnika – trzymamy się w miarę możliwości wschodniej ściany. W Kraśniku spotykamy się z prezesami BiwakOFF – Susznym i Perlikiem. Nadarzyła się okazja, żeby omówić ważne sprawy związane ze zbliżającą się X edycją spotkania…

Jak BiwakOFF to i jakiś offroad musiał być. Czy można VX’em poruszać się po bezdrożach? Zależy od kierownika, ale tak, zasadniczo jest to możliwe… 😉

Niedziela to koniec naszej wycieczki i powrót do Bełchatowa – tym razem udaje nam się umknąć przed burzą.

W poniedziałek po śniadanku z pomocą SuMo pakuję VX’a na przyczepę. Nie jest to łatwe zadanie, bo prześwit jest tak mały, że trzeba nieco podnieść rampę. Około 12.30 ruszam do domu. Do Gdyni docieram po około pięciu godzinach jazdy.

To było kilka intensywnych dni w trasie, wyszło trochę ponad dwa tysiące kilometrów – Turbo Lanos zrobił ich około 830, a resztę oczywiście VX, czyli 1250. Co prawda kiedyś robiliśmy z SuMo na raz ponad tysiąc kilometrowe przeloty, ale to było dawno…

Trochę deszczu, trochę słońca i kilka spotkań ze znajomymi. Czegóż chcieć więcej? Właśnie takie wyjazdy pozostają na długo w pamięci.

Być może moje oczekiwania nie są wygórowane. Dobrze się bawić, czuć jedność z maszyną i wspólnie pokonywać kolejne kilometry w dobrym towarzystwie. Dla mnie to właśnie jest klucz do przyjemności z jazdy starym, dobrym VX’em. Myślę, że pokonamy razem jeszcze niejedną trasę!