Gorąca relacja z GribakOFF ’26

Czy można pojeździć motocyklem na drugim końcu Polski, pokonując tranzyt pociągiem? Można! Co prawda nie można (niestety) wozić swojego motocykla w przedziale, ale my mamy na to inne rozwiązanie. Ten sposób turystyki rozpoczął już jakiś czas temu Griba.

Zaczęło się od tego, że miałem przyjechać do Gdyni już w zeszłym roku… Jednak → IX BiwakOFF zbliżał się wielkimi krokami i potrzebowałem pomocy przy dograniu trasy. I tak zamiast ja do Griby, to Griba przyjechał do mnie. Więcej o tej akcji przeczytacie tutaj → S(ł)uszny weekend.

Zaproszenie od Griby cały czas było otwarte o czym często mi przypominał.

No i nadszedł ten dzień! Moja przygoda zaczęła się w czwartek rano – oddałem 450 ml krwi, za które otrzymałem dwa dni wolnego. Do pociągu wsiadłem w samo południe, a pragnę zaznaczyć, że panowała wówczas fala upałów… Od razu wiedziałem, że podróż będzie „ciekawa”, jednak wizja weekendu na szutrostradach północy pozwoliła przetrwać niewygody – Griba przygotował dla nas trasę ADV z noclegami w terenie.

 W podróży towarzyszyły mi więc dwie sakwy, torba na moto ciuchy i kask. Spakowane i spięte do siebie sakwy świetnie sprawdzają się jako miejsce siedzące w zatłoczonym pociągu!

Podróż choć daleka, minęła dość szybko, a na dworcu czekał na mnie prezes Griba. Czekała również pogoda z temperaturą około 20 stopni Celsjusza – coś pięknego, wreszcie da się żyć!

Pierwszy wspólny cel to garaż, gdzie przypadek sprawił, że spotkaliśmy się z Wasylem – trzecim uczestnikiem tej wycieczki.

Został mi również przedstawiony mój środek transportu na tę wyprawę – Yamaha T7 – zapasowy motocykl Griby (powszechnie wiadomo, że pierwszy jest V-Strom na sterydach). Choć na Tenerce siedziałem kilka razy, miałem okazję się nawet kawałek przejechać, to chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do tej maszyny.

Motocykl szybko ubraliśmy w sakwy i w sumie na tym zakończyła się obsługa, bo wszystko było już przygotowane, nic tylko wsiadać i jechać.

Dzięki temu resztę dnia mogliśmy spędzić na wspólnej integracji.  Choć w tym roku mamy wyjątkowo dużo okazji, żeby się spotkać, tego nigdy nie za wiele!

Piątkowy poranek (jeszcze zanim zdążyłem na dobre otworzyć oczy) zaczął się od krzyku mew. Choć dla tubylców to już raczej drażniące, dla mnie Lubelaka to coś ciekawego, coś czego na co dzień nie słyszę.

Śniadanie, kawa i zaczynamy!

Zanim wypadniemy na właściwy ślad, trzeba było wydostać się z miejskiej dżungli.

Główny nawigator Griba prowadził naszą ekipę po bardzo zróżnicowanym terenie.

Turystyczne, choć dziarskie tempo, pozwalało podziwiać krajobraz. Pola, lasy, łąki jeziora, szutry, asfalty różnej kategorii – to wszystko mieszało się ze sobą cały czas.

Czasem zdarzały się jakieś przeszkody naturalne…

…a czasem w kontynuowaniu ścieżki przeszkadzały nam znaki zakazu Lasów Państwowych.

Przeszkody naturalne dało się pokonać, a znaki ominąć inną legalną drogą.

W trasie raz na jakiś czas odwiedzał nas drobny deszczyk, który nie miał szans nas zmoczyć, zmniejszał jedynie kłęby kurzu.

Nie tylko jazdą człowiek żyje, był też czas na obiad, kawę i odpoczynek.

Jazda w takiej grupie to prawdziwa przyjemność…

Czasem spoglądamy w lusterka, żeby upewnić się czy „ogon” dalej się trzyma, ale trzymał się ciągle jak zaczarowany, do pewnego momentu… Na prostej, wyłożonej płytami, drodze zginął z pola widzenia Wasyl. Na szczęście to tylko kapeć, bo w sumie nic innego nie jest w stanie go przecież zatrzymać!

Dzięki pracy zespołowej dość szybko się z nim uporaliśmy.

Piątkowa trasa doprowadziła nas nad przepiękne jezioro.

Plaża, czysta woda, grzech nie skorzystać! Było pływanie, było ognisko, cisza, spokój, niebo pełne gwiazd.

Czy trzeba czegoś więcej do szczęścia?!

Sobotę zaczęliśmy dość leniwie, każdemu z nas marzył się odpoczynek i pobudka bez budzika.

Po wspólnym śniadaniu, ruszyliśmy w trasę koło południa.

Kilometrów miało być nieco mniej niż poprzedniego dnia, nie było powodów żeby się spieszyć. Faliste ukształtowanie terenu prowadziło nas od wzniesienia do wzniesienia.

Ciągła zagadka, co nas spotka za kolejną górką. Trasa którą na ten dzień wyznaczył Griba nie była sprawdzona, jednak jechało się dość sprawnie. Zdarzyło się kilka razy zawrócić czy zwiedzić krzaki wyższe niż motocykl, ale to jest właśnie przygoda i odkrywanie nieznanego.

Zbliżaliśmy się już do celu, więc była to najwyższa pora na obiad i zakupy. Ten sielankowy czas skończył się w chwili, gdy przed restauracją odruchowo złapałem się za pas gdzie zawsze mam przypiętą sakiewkę na dokumenty i rzeczy podręczne. Okazało się, że nie mam jej na sobie…

Zgubiłem! Wizja utraty portfela, kluczy do auta i dokumentów szybko zdjęła mi uśmiech z twarzy. Tu z pomocą przyszli kompani podróży – przeglądanie zdjęć, wsteczna wizja wydarzeń i ustalenie możliwego miejsca utraty.

Zapadła decyzja, że jedziemy wszyscy, wracamy się do ostatniego miejsca gdzie był postój i rozpinałem ją z pasa. Wasyl wyznaczył cel i objął prowadzenie w tej asfaltowej gonitwie. Mnóstwo zakrętów z właściwie znikomym ruchem pozwoliło nam w niecałą godzinę dotrzeć na miejsce.

Strzał w dziesiątkę! Zguba się znalazła! Naprawdę mi ulżyło…

Choć przez całą tę akcję zrobiło się późno, zdecydowaliśmy nie zmieniać planu i wrócić na ślad. Teraz już w dużo lepszym humorze, mogłem cieszyć się jazdą i poznawać możliwości motocykla na drodze.

Ostatnia część wycieczki to oczywiście szutrostrady i kolejne piękne widoki o zachodzie słońca. Na miejsce noclegu dojechaliśmy późnym wieczorem. Już wybraliśmy miejsce na namioty i mieliśmy je rozbijać, gdy dostrzegłem zadaszone wiaty z ławkami i drewnianą podłogą.

Szybko połączyłem ten widok z opowieściami Wasyla o jego podróży do Danii i spaniu w „szelterach”. Dwa razy nie trzeba było powtarzać! Po chwili przejęliśmy te kilka metrów kwadratowych zadaszonej powierzchni układając na podłodze plandeki, materace, śpiwory i całą resztę rzeczy.

Ognisko już było rozpalone, nad jeziorem nie byliśmy sami. W istniejący żar dołożyliśmy nieco drewna. Mogliśmy się cieszyć ciepłem i widokiem ognia popijając piwko. Noc bez namiotu była nieco chłodniejsza niż zazwyczaj, ale znośna.

Niestety niedziela to ostatni dzień tej przygody. Wstawać się nie chciało, ale budzik wskazywał, że już czas.

Zanim słońce na dobre wzniosło się nad horyzontem i zaczęło grzać, byliśmy już po śniadaniu, gotowi na powrót zaplanowany tak, żebym mógł zdążyć na pociąg ruszający z Gdyni o 13.19.

Z Wasylem rozstaliśmy się na trasie, a do Gdyni wracaliśmy już tylko we dwóch.

Griba mówił, że powrót już nie będzie taki ciekawy…

No może dla niego nie był, bo znał trasę na pamięć, ja wciąż bawiłem się świetnie! Do garażu już niby blisko, na zegarze 12.30, a my wciąż na ścieżkach – atrakcje towarzyszyły nam do samego końca! Nie raz na tym wyjeździe potwierdziło się, że Griba miał plan dopięty co do minuty, tym razem nie było inaczej. W garażu byliśmy tuż przed godziną 13.00.

Zdążyłem się przebrać, spakować, a potem Griba odwiózł mnie na dworzec. Na pociąg czekałem zaledwie kilka minut.

Siedząc na schodku przy drzwiach zatłoczonego wagonu numer 13, w drodze do domu, kończę tą opowieść. Dziękuję za wspaniały weekend, było naprawdę świetnie!

To co?! Kiedy znów umawiamy się na OFF?