O tym jak to co w necie zamienia się w przyjaźń w realnym świecie

Choć układ wolnych dni na początku maja zachęcał do dłuższego wyjazdu, nasza majówka trwała tylko pięć dni. Ale co to był za czas! ciPoznaliśmy fantastycznych ludzi, nawiązaliśmy nowe znajomości i nawinęliśmy prawie 1700 km na koła!

Chcielibyśmy się tym wszystkim z Wami podzielić, tylko jak to zrobić? Nie sposób to wszystko opisać!

Spróbujmy zacząć od początku…

W tym roku odbyła się II edycja akcji Mini Spęd na Jurze organizowanej przez dwie endurowe dziewczyny z południa Polski – Agnieszkę i Kasię. Idea tej imprezy jest prosta – spotkać się, pojeździć w terenie, a wieczorem dobrze się bawić.

Marta już od jakiegoś czasu należy do internetowej grupy “Baby na Motóry”. Spotkanie na Jurze okazało się doskonałą okazją, żeby spotkać się z “Babami” w realu. 🙂

Naszą podróż na Jurę rozpoczęliśmy 30 kwietnia w piątek około godziny 10.30. Pogoda nam sprzyjała. Było chłodno, ale świeciło Słońce. Co jakiś czas robiliśmy dłuższy postój. Nie spieszyliśmy się za bardzo, bo i po co?

Nudę tranzytu autostradą A1 osłodziła nam całkiem przyjemna i ładna widokowo końcówka trasy. Miejsce spotkania znajdowało się nieopodal miejscowości Poraj pod Częstochową. Po niewielkich perypetiach (GPS swoje, a życie co innego) byliśmy na miejscu. Spora część ekipy już dojechała, ale wszystkich jeszcze nie było. Po zapoznaniu się z obecnymi, zainstalowaliśmy się w pokoju i wróciliśmy na ognisko.

Rozmowy o motocyklach i wszystkim co ma z nimi jakikolwiek związek nie miały końca. I choć było bardzo fajnie to zmęczeni “tranzytowymi” kilometrami dość szybko poszliśmy spać.

Następny dzień szykował dla nas wyzwanie. Czy damy radę jurajskim bezdrożom? Ekipa powoli zbierała się na parkingu i zaczęły się przygotowania do wyjazdu.

Poprzedniego dnia wieczorem, nie za bardzo była okazja, żeby przyjrzeć się parkowi maszyn. W świetle dnia stało się jasne, że znaleźliśmy się w doborowym towarzystwie.

– “Gdzie Ty się pchasz tym DL’em?!” – pomyślałem.

Na odwrót jest już za późno! Nasz dwuosobowy team postanowił podjąć wyzwanie! 😀

W końcu wyruszyliśmy. Atrakcji na trasie nie brakowało! Piach, szuter, leśne oraz polne dukty i ścieżki, hopki, strome podjazdy, prawie pionowy zjazd, a na koniec nawet jakaś rzeczka do sforsowania się znalazła.

Trasa została przygotowana pod ciężkie enduro. Było kilka trudnych odcinków, które nawet dla lżejszych motocykli mogły być dość wymagające. Przejechaliśmy całość.  Czy to oznacza, że jesteśmy zajebiści? Nie, zdecydowanie nie! Musimy się jeszcze bardzo dużo nauczyć!

Była to dla nas pierwsza taka wycieczka “enduro”, kiedy w większej grupie motocykli przejechaliśmy “na raz” około 100 km po “bezdrożach”. Kiedy jeździmy sami jest zupełnie inaczej. Nie musimy dostosowywać tempa do innych i mamy dużo czasu, żeby się zatrzymać i ochłonąć.

Niestety nie obyło się bez strat. Nowa, wysoka szyba, założona przeze mnie całkiem niedawno w XL’u, przeszła do historii. No i te siniaki na nogach!

Mimo tego, dumni i zadowoleni z siebie wróciliśmy do ośrodka.

Niedziela, kolejny dzień i nowy plan… Czas wyruszyć dalej.

Niejaki Wojtek, motocyklista pasjonat i podróżnik, znany jako “Nomad”, nieoczekiwanie zaprosił Martę na swoje urodziny.

W okolice Rzeszowa, gdzie odbywał się jubileusz, dotarliśmy pod wieczór. Poznajemy się i… jest super! Ekipa niesamowita, ludzie fantastyczni! Na spotkaniu poznajemy m. in. Agatę, motocyklową podróżniczkę, która brała udział w znanym projekcie Tylko dla Orlic.

Ognisko, pogaduchy, impreza… a potem spaliśmy jak zabici. Chyba pierwszy raz w życiu spędziliśmy noc na sianie.

No i mamy już poniedziałek. Jak ten czas szybko leci!

Od Wojtka ruszyliśmy około godziny 13. Jedziemy w okolice Kraśnika do mojego internetowego kolegi, Susznego. Choć już jakiś czas temu połączyło nas zamiłowanie do podróżowania i majsterkowania przy motocyklach, nie mieliśmy okazji spotkać się w realu. Co ciekawe, okazało się, że sąsiadem Susznego jest Pumpa, motocyklista, którego właśnie co poznaliśmy na urodzinach Wojtka.

Po drodze do Kraśnika odwiedziliśmy Yasia, naszego wiernego, wyprawowego druha. Minęło już trochę lat, od momentu kiedy połączyło nas Forum VX’em all!

Godnie podjęci, po sutym obiedzie, z trudem wsiadamy na motocykle i kontynuujemy podróż. U Susznego czekają na nas kolejne atrakcje. Klimatyczne ognisko na działce zostało połączone z degustacją różnych specjałów. Super ekipa!

No i przyszedł wtorek. To już koniec pieśni! Przyszedł czas powrotu do domu. Suszny postanowił nas kawałek odprowadzić. No i wyruszyliśmy w drogę!

Fot. Magda Suszny

Ale nie tak prędko. Kolega Perlik potrzebował pomocy, miał problem ze swoim motocyklem. Wraz z Susznym szybko i sprawnie znaleźliśmy usterkę. Odwiedziliśmy również kolegę Mike, który gdy dowiedział się od Susznego, że będziemy nieopodal niego w trasie, zaprosił nas do siebie na kawę.

Trochę się zagadaliśmy u Mike’a, dlatego dopiero około godziny 19.30  byliśmy w okolicach końcówki A1.

Mijamy bramki. To ostatnia prosta, a więc maksymalne skupienie. Przed nami zatłoczona obwodnica, potem Gdynia, w końcu garaż i dom.

Wyciągam się na kanapie. To już niestety koniec tej podróży. Zmęczenie i natłok wrażeń dają o sobie znać. Zamykam na chwilę oczy i nawet nie wiem kiedy odpływam w niebyt. Następna majówka niestety dopiero za rok!


W niedzielę, jadąc z Jury w okolice Rzeszowa, spotkaliśmy dwóch motocyklistów. Stali na poboczu, bo w jednym z motocykli poszedł im przewód podciśnienia sterujący kranikiem. Zatrzymaliśmy się żeby pomóc, ale niestety zarówno my, jak i oni mieliśmy na zapasie taki sam, o nieco za dużej średnicy, wężyk. Na szczęście taśma naprawcza, jak zawsze, zdziałała cuda.

Okazało się, że chłopaki mieli coś około 60 dni urlopu i właśnie rozpoczynali wyprawę na kołach do Mongolii. Szacunek! Szkoda, że nie zrobiliśmy sobie zdjęcia i nie wymieniliśmy namiarów. Trzymamy za Was kciuki! Jeśli kiedyś tutaj traficie to koniecznie odezwijcie się do nas!