TET’em do i przez CRO

Plan

Marta: No to w końcu zaczynamy wakacje 😁 Plan jest taki, żeby wykąpać się Morzu Adriatyckim a po drodze zaliczyć jak najwięcej offa!

Plan bez planu, bo do końca nie byliśmy pewni, czy to dobry pomysł w obecnej sytuacji (choć wydaje się, że niektórzy o tym zapomnieli, to nadal trwa pandemia COVID-19) wyruszyć na dłuższy wyjazd. Mimo tego już od początku wakacji rozważaliśmy różne opcje motocyklowej wyprawy. I tak pojawił się pomysł, aby wybrać się na północ i przejechać szwedzki TET. Jednak szybko doszliśmy do wniosku, że Skandynawia ze swoją kapryśną pogodą jakoś zupełnie nas nie pociąga. Rozważaliśmy też objechanie Polski dookoła offem, wykorzystując w tym celu TET Polska. No dobrze, fajna opcja, ale w sumie szlak północny i wschodni znamy prawie na pamięć, więc jechać nimi po raz kolejny (w tym roku to byłby drugi albo i trzeci raz) chyba nie ma sensu. Pod rozwagę był brany również wyjazd do Chorwacji… 😉

Kto nas troszkę zna domyśla się z pewnością, że w tej sytuacji, jak się można było spodziewać, zwyciężył plan wyprawy na nasze ukochane Bałkany. Tak dawno nie byliśmy nad Adriatykiem! Doszliśmy do wniosku, że najwyższy czas, aby ponownie odwiedzić południe Europy. Czy jednak miało to oznaczać, że offa nie będzie? Nie! Wręcz przeciwnie! Podczas tej wyprawy było go całkiem, całkiem sporo!

Start

Z Gdyni wyruszamy w środę 11 sierpnia, zaraz po pracy. Jeszcze tylko drobny serwis polegający na poprawieniu kilku niesfornych śrubek przy DL’u (Kto to zapomniał dokręcić?! Ah, te mechaniki!) i startujemy do naszej tajnej bazy w okolicy Kościerzyny.

Gdy już ogarnęliśmy się na miejscu i rozpaliliśmy w kominku…

…poczuliśmy smak zbliżającej się  wielkimi krokami przygody. 🙂

OFFem przez Polskę

Czwartkowy poranek przychodzi szybko i wita nas dobrą pogodą. Rozpoczyna się poranna krzątanina przed ruszeniem w trasę. Dzięki temu, że z domu wyjechaliśmy wczoraj, jesteśmy już spakowani, ale zawsze coś jeszcze zostaje do zrobienia. Nasze rumaki cierpliwie czekają, aż zjemy śniadanie i wypijemy kawę. W końcu przychodzi ten moment – czas wyruszyć!

Marta: Pierwsze offowe kilometry za nami 💥 Korzystaliśmy z traków znalezionych w Internecie i okazały się strzałem w dziesiątkę 👍 Piękne trasy przez lasy i pola. Nudy nie było! 🏕 Nocleg na kempingu “Dzikus” w Tucznie.

Pierwszy dzień podróży upłynął nam na tranzycie w kierunku zachodniego szlaku TET, który zaczyna się w miejscowości Jarosławiec i biegnie na południe kraju.

Offroadowy dojazd z Kaszub, który Marta znalazła w Internecie, stanowił całkiem dobry przedsmak tego co nas miało czekać w dalszej części podróży. Szutrowe i gruntowe drogi przez pola oraz lasy doprowadziły nas do Tuczna, gdzie rozbiliśmy namiot na kempingu “Dzikus”. Co ciekawe nocleg został zaznaczony na północnym szlaku TET. Nie dziwię się zupełnie, bo miejsce jest jak najbardziej godne polecenia!

TET zachód

Marta: Dziś nasza trasa biegła po tracku TET wzdłuż granicy zachodniej. Jak na razie jesteśmy pozytywnie zaskoczeni! Asfaltu mało, za to piachu, kamieni, dróg polnych i krzaków pod dostatkiem 👍 Oby tak dalej 😁

Z Tuczna szybko i sprawnie przemieszczamy się do Jarosławca. Tutaj właśnie, gdy jechać z północy, zaczyna się TET zachód! Skręcamy na szlak i jest… jest naprawdę dobrze! Wąska, zwężająca się ścieżka przez krzaki oznacza, że jest co robić zarówno jeśli chodzi o zdjęcia jak i jazdę. 🙂 A im dalej w las (track) tym lepiej! Ścieżka skrajem pola, a potem przez nie, gdy droga się urywa (zaorana po prostu i tyle), leśne dukty pełne piachu, zarośnięte trawą i krzakami przecinki na przełaj przez las (podobno wszystko na TET jest legalne). Czyli jest tak jak lubimy! To chyba już można nazwać offem? 😉

Pogoda bardzo dobra, ale trochę za wysoka temperatura. Upał towarzyszy nam od rana!

No cóż – tym na motocyklach nie dogodzisz! 🙂 Dłuższa chwila wytchnienia w klimatyzowanym pomieszczeniu stacji paliw daje czas na zebranie sił i jedziemy dalej!

Ciągle coś się dzieje się! Na ciężkim motocyklu z pełnym bagażem wyprawowym nudy nie ma!

Na koniec dnia znajdujemy miejsce za “jedyne” 80 zł na kempingu w okolicach Międzyrzecza. Zapowiada się nocleg na bogato! Co zrobić – taka sytuacja. Marta wpędziła w konsternację właścicielkę, pytając wprost czemu tutaj tak drogo. Pani trochę się zmieszała i zaczęła tłumaczyć skąd u niej taka cena. 🙂 Ale w sumie miejsce okazuje się być przyjemne, czyste i spokojne, a to duży plus. 😉

W sobotę kontynuujemy podróż na południe zachodnim TET’em. Co by nie mówić, trasa trzyma poziom i jest równie atrakcyjna offroadowo jak w poprzednich dniach naszej podróży!

Marta: Piach, piach i jeszcze raz piach! Ciągnie się bez przerw kilometrami. 30 stopni w cieniu i do kompletu brakuje tylko morza, a Bałkany mielibyśmy na zachodzie Polski 😁

Nawijamy na koła kolejne kilometry, których na pewno nie można nazwać nudnymi! Na tracku ciągle jakieś atrakcje. A to kopny piach, a to ścieżka przez krzaki lub pole, czyli dla nas lux! 🙂 Deelem bym się tam nie pchał, oj nie! W ogóle to najlepiej jechać na TET małym motorkiem. 😀

Kolejny dzień pełen atrakcji szybko mija. Naszym miejscem odpoczynku jest kolejny kemping. Tym razem miejscówka znajduje się nad samą rzeką. Mimo takiego luksusu, cena bardziej osadzona w realiach niż wczoraj, a miejsce równie przyjemne. 😉

Tranzyt do Chorwacji

No i cyk – Polska już za nami! W niedzielę przekraczamy granicę z Czechami i zaczynamy asfaltową część podróży do Chorwacji. Jedziemy prawie na azymut, unikając autostrad, dróg ekspresowych i szybkiego ruchu. Nie muszę chyba dodawać, że staramy się również trzymać jak najdalej od zgiełku wielkich miast i pieczołowicie omijamy wszelkie atrakcje turystyczne takie jak zabytki, miejsca historyczne, kultu religijnego czy inne takie tam. Liczy się tylko jazda i piękne widoki! Ot co! 🙂

Aplikacja OsmAnd doskonale się nadaje do takiego podróżowania. Na postojach, popijając kawę na stacji, wytyczam drogę stawiając na wymyślonej naprędce trasie dziesiątki znaczników. 😉

A potem turlamy się majestatycznie do przodu z prędkością na którą pozwalają nam poruszać się po asfalcie nasze enduro opony (Tylko Motoz!) odhaczając kolejne markery na mapie. Krótko mówiąc jedziemy “na pałę”. 🙂

O dziwo system sprawdza się doskonale, a intuicja mnie nie zawodzi i trasa, mimo, że asfaltowa, okazuje się być całkiem atrakcyjna! Chechy okazują się ładniejsze od Słowacji, którą zazwyczaj przemieszczaliśmy się na Bałkany. Górki i pagórki, urokliwe wioski i małe miasteczka, tego nie brakowało na naszej trasie przez ten kraj.

W poniedziałek, po nocy spędzonej w zapyziałym domku na czeskim kempingu, docieramy do Austrii. Ten dzień podróży jest jeszcze lepszy niż wczorajszy! Pasmo gór za pasmem, zakręt za zakrętem, w górę i w dół, w górę i w dół, a do tego widoki takie jak ten na Grüner See, gdzie robimy przerwę na rozprostowanie kości i zdjęcia.

Do zalet tranzytu bocznymi drogami Austrii należy zaliczyć również stosunkowo mały ruch. Cieszy również zauważalny porządek i ład na drogach i ulicach. 😉

Nocleg w Austrii spędzamy na kempingu nieopodal miasteczka Frohnleiten. Co ciekawe, mimo fatalnych prognoz pogody, cały dzień udawało nam się uciec przed deszczem. Ulewa przychodzi na szczęście dopiero, gdy jesteśmy już zainstalowani w namiocie. 🙂

Granicę Słowenii przekraczamy we wtorek około południa. Nie mogło zabraknąć inauguracyjnej kawy! 🙂

Słowenia to kolejny kraj na trasie, który bardzo pozytywnie nas zaskakuje! Słyszeliśmy co nieco o tym jak pięknie jest tutaj. Wszystko to prawda. 🙂 Podobnie jak w Austrii, którędy by nie pojechać, trasa przebiega przez pasma górskie, a to oznacza tysiące zakrętów, które musimy pokonać na naszej drodze nad Adriatyk. I to nam odpowiada, bo mimo tego, że jedziemy asfaltem nudy nie ma!

Nocleg spędzamy na fajnym kempingu (znów nad rzeką) w miejscowości Laze pri Predgradu blisko granicy z Chorwacją.

TET Chorwacja

Chorwacja! To już? Choć jedziemy od kilku dobrych dni, to przyjęty podczas tej wyprawy sposób podróżowania sprawdził się idealnie i czas na tranzycie nam się nie dłużył!

Wczoraj wieczorem wpadliśmy na jeden z odcinków słoweńsko-chorwackiego szlaku TET, który biegnie wzdłuż rzeki Kolpa. Track przecina granicę w miejscowości Petrina, tamtędy właśnie wjeżdżamy do Chorwacji. Kontrola poszła szybko i sprawnie.  Dowód osobisty i Unijny Certyfikat Covid załatwiają sprawę.

Po przekroczeniu granicy kontynuujemy podróż po TET Croatia. Asfaltowy odcinek track’a ciągnie się mniej więcej do miejscowości Brestova Draga. Tutaj w końcu coś zaczyna się dziać, coraz niższej kategorii droga zamienia się w końcu w szutrówkę biegnącą przez las.

Marta: Jadąc w kierunku wyspy Pag, zaliczyliśmy kawałek trasy TET w Chorwacji. Na pewno warto, ale trzeba się uzbroić w cierpliwość, bo ilość szlabanów na trasie jest lekko denerwująca 🤣

No właśnie! Szlabany! Na pierwszym od granicy odcinku TET’a jeden szlaban był otwarty, a drugi zamknięty, ale w miarę sprawnie go objechaliśmy.  Kolejny też dałoby radę przeskoczyć, ale… co dalej? Wasyl i Martyna, którzy byli w Chorwacji kilka tygodni przed nami, ostrzegali przed zaporami!

Może byśmy nawet zaryzykowali dalszą jazdę, ale na pierwszym odcinku chorwackiego TET’a spotykamy jadący z przeciwka samochód. Nie wiedzieć czemu jego właściciel postanowił zawrócić.  W jakim celu jechał z nami nie ustaliliśmy, bo gdy nas dogonił byliśmy już po drugiej stronie zamkniętego szlabanu, który właśnie ominęliśmy. Akurat kończyliśmy sesję zdjęciową, gdy podjechał. Nie wyglądał na przedstawiciela służb mundurowych, ale jakoś tak wyszło, że woleliśmy się nie pytać o co chodzi i pojechaliśmy dalej. 🙂

Po tym incydencie stwierdziliśmy, że nie ma co dalej kusić losu. Zwłaszcza, że nie ma pewności, czy uda się równie łatwo pokonać kolejne szlabany. Postanowiliśmy po raz kolejny skorzystać z niezawodnego OsmAnd’a. Patrząc na mapę w aplikacji znaleźliśmy całkiem fajne, asfaltowe i nie tylko, legalne drogi, wcale nie gorsze niż przejechany przez nas odcinek TET.

W niektórych miejscach widoki po drodze kazały nam zsiąść z motocykli i rzucały na kolana! Ten jeden szczególnie zapadł w naszą pamięć. Było na co patrzeć! 🙂

Mocno improwizowana trasa doprowadziła nas na wybrzeże do miejscowości Prizna.

Chwilę trzeba było poczekać na prom, którym udaliśmy się na wyspę Pag. Naszym celem był kemping “Dražica” znajdujący się blisko północnego końca wyspy.

Prawdziwe wakacje

Marta: Po kilku dniach dotarliśmy do celu czyli do Chorwacji, na wyspę Pag. Plan wykonany, kąpiel w Adriatyku została zaliczona.

W rzeczy samej! Dostaliśmy miejsce na kempingu, co wcale nie było takie proste, bo wyspa oblężona przez turystów i wolnych miejsc praktycznie nie ma! Ale jakoś nam się poszczęściło i z małymi perypetiami (najpierw  dostaliśmy parcelę na słońcu, dopiero następnego dnia rano zwolniło się inne, bardzo fajne miejsce i tam się przenieśliśmy) zacumowaliśmy na kempingu “Dražica”.

Kolejne dni upływały nam na totalnej labie, kąpielach w Adriatyku, wizytach w pobliskiej knajpce, leniuchowaniu przed namiotem i podziwianiu zachodów słońca.

Choć początkowo mieliśmy plan co nieco pojeździć po okolicy, to szybko go zarzuciliśmy. Postanowiliśmy jak najlepiej wykorzystać czas i rewelacyjną pogodę kąpiąc się w cudownym morzu i pijąc piwo w knajpce obok kempingu. 🙂

Było nam tak dobrze, że tylko jeden jedyny raz ruszyliśmy motocykle w celu udania się do sklepu na zakupy. Mimo plecaka i bocznych sakw pełnych dóbr (w tym butelek z różnymi płynami i nie chodzi tutaj o lemoniadę)… nie mogło zabraknąć offa! 🙂

Wracając na kemping zapolowaliśmy na zachód słońca. Mało brakowało, a przeoczylibyśmy widowiskowy spektakl. Ledwo, ale to ledwo na czas zdążyliśmy do miejscowości Lun znajdującej się na samym końcu wyspy Pag skąd rozpościerał się doskonały widok na morze i zachodzące Słońce.

To niesamowite jak szybko tutaj czerwona kulka chowa się za horyzontem!

Czas wracać

Marta: Plan wykonany więc można wracać, ale na pewno nie będzie to najkrótsza i najprostsza droga do domu. Ostatni dzień w Chorwacji spędziliśmy w górach Velebit. Piękne widoki i super trasa i nawet deszcz nie popsuł mam wrażeń.

Szybko zleciało… Dopiero co przyjechaliśmy na Pag, a już trzeba się zbierać. Z drugiej strony prawda jest taka, że po czterech pełnych dniach leniuchowania zaczęło nas już trochę nosić i chętnie byśmy trochę pojeździli, najlepiej offem. 🙂

Wyruszyliśmy w poniedziałek w miarę wcześnie, żeby choć na stracie uniknąć upału, który towarzyszył nam od początku naszej wyprawy. Ostatnie spojrzenie na ukochany Adriatyk i jazda!

Musieliśmy jeszcze przeprawić się na stały ląd. Wbijamy się na prom do miejscowości Prizna i Pag zostaje za nami… Mamy jeszcze okazję popatrzeć po raz ostatni podczas tej wyprawy na białe skały wyspy z magistrali prowadzącej przez górskie pasmo Velebit, które musimy przekroczyć w drodze na północ.

Niestety im dalej w głąb lądu tym pogoda się pogarsza. Od opuszczenia wyspy towarzyszą nam bardzo mocne porywy wiatru. Jedziemy jednak dalej. Za nami zostają błękitne niebo i Adriatyk.

Za to przed nami rozpościerają się nowe, trochę groźne (coś a’la Mordor?), ale na swój sposób równie przepiękne widoki.

Udaje nam się po raz kolejny! Trafiamy na świetny szutrowo-kamienny track wiodący przez góry Velebit. Ku naszemu zadowoleniu widoki świetne, droga może nie jest szczególnie wymagająca, ale nie jest to asfalt, co bardzo nas cieszy.

Zakręty, podjazdy, zjazdy i góry majaczące w oddali robią dobrą robotę.

Nawet tunel po drodze zaliczyliśmy!

No i był kawałek TET’a, tym razem na szczęście trafił się odcinek bez szlabanów. 😉

Gdy wracamy na asfalt pogoda ostatecznie siada i w okolicach Plitvic zaczyna lać! Co robić? Przebieramy się w kombinezony przeciwdeszczowe i ruszamy dalej.

Ostatecznie zatrzymujemy się w miasteczku Karlovac, gdzie Marta znajduje świetny nocleg. House Bogović to przytulny, czysty pokój i bezpieczny parking dla naszych rumaków – czego chcieć więcej w taką zawieruchę! Deszcz w końcu przestaje padać, może jutro uda się jechać suchą oponą?

No i udało się z tą pogodą. Wtorek ranek jeszcze dość pochmurny, ale później wyszło słonko i zrobiło się całkiem przyjemnie.

Niestety po południu deszczowa aura i silny wiatr znów nie dają nam spokoju. Po prostu pogoda w kratkę!

Mimo tego turbo-teleportem przeskakujemy z Chorwacji przez kawałek Słowenii na Węgry, gdzie nudnymi, ale na szczęście pustymi drogami, mkniemy w kierunku Słowacji. Spędzamy nocleg w zapyziałym pokoju i w środę rano ruszamy dalej w kierunku Polski. W końcu jesteśmy w Zwardoniu, gdzie przekraczamy granicę.

I znowu OFF!

Marta: Chorwacja pożegnała nas deszczem, ale nasza ojczyzna nas nim przywitała 😜 Nie było już zabawy w piachu, były za to atrakcje błotne. Dzięki track’owi od @mmanagaa nudy nie było a droga na Mazowsze nie była asfaltową męczarnią 👍 Dzięki Aga ❤

No właśnie. To jeszcze nie koniec naszej wyprawy. Jedziemy na → MazOFF, imprezę dla miłośników jazdy off-road na ciężkich motocyklach klasy “enduro adventure” przygotowaną przez naszych przyjaciół z Mazowsza – Konra_dzika i Bartka.

Pogoda nadal w kratkę! Pada, nie pada. Wieje wiatr. Ale jakoś się jedzie. Taka sytuacja!

Na szczęście mamy off track od koleżanki Marty. Świetnie się składa, bo prowadzi on akurat w okolice bazy MazOFF!

Lekkie szuterki zamieniają się miejscami w konkretny offroad. To jest to co lubimy! Nudy nie ma! 😛

Tranzyt przez Polskę zajął nam mniej więcej dwa dni. Po drodze raz deszcz, raz słońce. Czasami leje jak z cebra i trzeba chwilę poczekać, aż choć trochę się uspokoi.

W przerwie między opadami odwiedzamy elektrociepłownię Bełchatów. Marta podjeżdża nawet na punkt widokowy. Ja się nie zmieściłem między barierkami. 🙂

Wieczory spędzamy w przyjemnych warunkach, bo noclegi w Polsce trafiły się całkiem udane. Świętujemy powrót do kraju ciesząc się jednocześnie na nadchodzące spotkanie → MazOFF, podczas którego, po raz kolejny w tym roku, spotkamy się z ekipami BiwakOFF i D.L.G.B.T oraz biwakoffowiczami. 😀

No i koniec końców w piątek po południu dojeżdżamy do małej miejscowości Śniadówko położonej na Mazowszu nad rzeką Wkrą – bazy MazOFF!

Mimo, że jakby nie patrzeć mieliśmy najdalej (cała nasza wyprawa z trasą MazOFF i powrotem do domu wyniosła ponad 4000 km) okazuje się, że docieramy pierwsi na miejsce spotkania. 😉

A co było dalej? To już historia na inną opowieść. O MazOFF i nie tylko przeczytacie → tutaj.

Epilog

Nasza kolejna wyprawa na Bałkany zakończyła się sukcesem. Podróż offem i bocznymi drogami, unikając autostrad i szybkiego ruchu to świetny pomysł. Potrzeba co prawda nieco więcej czasu, ale wrażeń całe mnóstwo i zmęczenie nudą tranzytu nie występuje. Następną podróż zaplanujemy zapewne w podobny sposób. Po prostu przejechanie w kilka godzin 800 km autostradami męczy nas  i nudzi, a 350 km offem czy bocznymi drogami dziennie daje frajdę i pozwala cieszyć się jazdą. 😉


Do obrobienia pozostały materiały z kamery. Kiedy jednak zdołam złożyć jakiś sensowny film? Jak zwykle tego nie wie nikt! Musicie uzbroić się w cierpliwość! 🙂