Wymiana uszczelniacza wałka zdawczego

Sobota, 1 czerwca 2019, dla niektórych Dzień Dziecka, a dla nas początek kolejnego, motoSTFORKOWEGO tripu. 😉 Kierunek Rumunia i jej okolice, planowany przebieg trasy nie do końca znany, choć wiadomo, że będą jakieś szutry, dystans do pokonania około 5 tys. km. Kroi się zatem niezła akcja! 😀

Pierwszy dzień zapowiadał się lajtowo. Mieliśmy zamiar dotrzeć “zaledwie” do Kielc. Wszystko szło zajebiście tylko, że na miejscu okazało się, że coś mi się zesrało w DL’u! W przenośni i dosłownie, bo centralka, boczna stopka oraz kawał wahacza – wszystko było ubabrane w oleju!

Szybka analiza zastałej sytuacji i zgaduję, że są dwie możliwości – puścił jeden z uszczelniaczy – wałka zdawczego lub popychacza sprzęgła. Jechać w trasę z tym nie bardzo, bo nie wiadomo, czy nie zacznie bardziej lać. I już za moment może się okazać, że rozbryzgiwany przez podmuchy wiatru olej zacznie lądować na tylnej oponie!

Następnego dnia przenieśliśmy się pod Rzeszów, do naszego wyprawowego kompana Yasia. Co prawda mieliśmy (jak zazwyczaj) spotkać się na trasie gdzieś przed Duklą, ale w tej sytuacji najpierw trzeba ogarnąć awarię. Na szczęście Yasiu dysponuje dobrze wyposażonym garażem. Mając pomocną parę rąk, dach nad głową i kilka dodatkowych garażowych akcesoriów, mogłem na spokojnie zabrać się za robotę.

Po zdjęciu osłony zębatki zdawczej, samej zębatki (jak to zrobić dowiesz się → tu) i metalowej osłony zabezpieczającej uszczelniacze (nie zrobiłem jej fotki, to ta blaszka za zębatką), potwierdziła się postawiona na szybo diagnoza. Na zdjęciu dokładnie widać ślady wskazujące na winowajcę zaistniałej sytuacji!

Ewidentnie puścił uszczelniacz wałka zdawczego! To cudo ma wymiary 36x50x6 i dodatkowo jest przystosowane do pracy z wałkiem obracającym się w lewo.

Sytuacja wydawała się początkowo beznadziejna, bo szukaj teraz oryginału! Zapewne żaden serwis motocyklowy (Suzuki w Rzeszowie nie miało) nie ma na składzie takiego czegoś, a na zamówienie to pewnie z tydzień trzeba będzie czekać!

No ale od czego mamy Internet! Chwila natchnienia i po wklepaniu w wyszukiwarkę krytycznych wymiarów 36x50x? znalazłem uszczelniacze o wysokości 8 mm. Nawet kierunek obrotów się zgadzał!

Tu należy wspomnieć, że od biedy można poratować się uszczelniaczem uniwersalnym, tj. niekierunkowym, byle wymiary były odpowiednie. Przez jakiś czas na pewno by podziałał.

Jeżeli chodzi o wysokość uszczelniacza (8 mm zamiast 6 mm) to nie ma ona tutaj większego znaczenia, bo miejsca jest dużo i przyjąłem, że albo simmering będzie trochę wystawał, albo osadzi się go w otworze montażowym głębiej.

Uszczelniacze które znalazłem mają zastosowanie w silnikach samochodowych (bodajże Nissan oraz Opel) i są montowane na wałkach rozrządu.  Intercars w Rzeszowie miał “od ręki” po sztuce NJ283 (Payen) za całe 5,49 zł oraz CO19016515B (Corteco), który kosztował aż 27,47 zł. Dla porównania za oryginał trzeba wyłożyć coś koło 50 zł. Wziąłem oba, żeby mieć w razie niepowodzenia akcji serwisowej jakiś zapas.

Najpierw trzeba było zdemontować uszkodzony uszczelniacz. Zastosowałem patent na wkręty. Śrubokrętem świderkiem zrobiłem sobie punkty…

…które następnie ostrożnie (uwaga na łożysko wałka zdawczego, które jest za uszczelniaczem) nawierciłem cienkim, długim wiertłem (chyba  grubości około 3 mm).

W powstałe otwory wkręciłem z wyczuciem (nie za głęboko, żeby nie uszkodzić osłony łożyska) wkręty do drewna i ciągnąc za nie kombinerkami usunąłem uszczelniacz. Na szczęście wyszedł dość łatwo. 🙂

Przed montażem oczyściłem tuleję wałka zdawczego papierem o gramaturze 1000. Nowy uszczelniacz może trafić w inne miejsce niż stary, dlatego warto przygotować wałek tak, aby był pozbawiony nalotu i innych zanieczyszczeń.

Zakupiony simmering wyglądał sobie ot jak simmering. 🙂 Ostatecznie zamontowałem ten tańszy tj. NJ283. Widoczna na jego wardze jodełka oraz subtelna strzałka na kołnierzu (widoczna poniżej mojego palca wskazującego) oznaczają, że jest to uszczelniacz kierunkowy. Jego konstrukcja powoduje, że podczas obrotów wałka olej jest odrzucany do wnętrza silnika.

Montaż uszczelniacza polegał na przesmarowaniu jego kołnierza i wargi olejem, a następnie założeniu na wałek zdawczy i wstępnym wciśnięciu palcami w otwór montażowy. Następnie przez odwrócony stary simmering i stalową rurę (pochodzącą z zasobów Yasiowego garażu), pobijałem wszystko lekko młotkiem, aż nowe uszczelnienie doszło równo do krawędzi silnika. Okazało się, że miejsca jest tyle, że wyższy o 2 mm uszczelniacz bez problemu schował się w swoim otworze i tak jak  oryginał nie wystaje ponad krawędź silnika.

Potem pomyślałem, że można było spróbować wciskać uszczelniacz w otwór montażowy, dociągając blaszkę zabezpieczającą.

Po wymianie przyszedł czas testy. Przy tej okazji okazało się, że wciśnięcie klamki sprzęgła (a właściwie zamknięcie obwodu jej czujnika) to sygnał dla ECU do niewielkiego zwiększenia obrotów silnika. A to niespodzianka! 🙂

Silnik przytrzymany na średnich obrotach pokręcił wałkiem z 15 minut . Uff! Nie cieknie! Jak tu teraz czysto! Prawda, że ładnie to wygląda? 😀

Co jeszcze zostało do zrobienia? Założyłem blaszkę zabezpieczającą. Dałem dwie śruby, trzecią, tą w lewym górnym rogu blaszki odpuściłem sobie – kiepskie do niej dojście – kiedyś może ją wkręcę. 🙂 Nakrętkę zębatki zdawczej należy dokręcić o ile mnie pamięć nie myli momentem 145 Nm. Pamiętajmy, aby zagiąć jej zabezpieczenie. Po założeniu oraz napięciu łańcucha montujemy osłonę zębatki zdawczej i w drogę!


Po ponad 6 tys. kilometrów przejechanych w różnych, niekiedy dość ciężkich dla napędu, warunkach, uszczelniacz za 5,49 zł trzyma. Ile jeszcze pociągnie? Zobaczymy! 😉


Na koniec chciałbym serdecznie podziękować naszemu przyjacielowi i wyprawowemu kompanowi Yasiowi za gościnę oraz pomoc w organizacji części i naprawie. Bez Ciebie to nie mogło się udać! Dzięki  za wszystko Przyjacielu!