Mountain highways

No i mamy opóźnienie! Opóźnienie w pisaniu relacji. Jak to możliwe? Przecież obiecałem sobie, że codziennie coś naskrobię! Ano tak, ale to nie takie łatwe, bo tyle się dzieje, że nie mam po prostu kiedy zebrać myśli! Zresztą szkoda mi też czasu na siedzenie z nosem w smartfonie, kiedy wokół trwa marokańska impreza! 🙂

Spróbuję jakoś nadrobić powstałe zaległości… 😉

W sobotę (04.11.23) wyruszyliśmy z hotelu Panorama w kierunku miasteczka → Alnif. Tam chwila postoju oraz marokańska kawka i pyszny berberyjski omlet pozwoliły nam nabrać sił na dalszą część dnia.

Lecimy dalej! Po skręceniu w boczną drogę (którą jeszcze niedawno ciężko byłoby znaleźć na tradycyjnej mapie), po kilku kilometrach nowo położonego asfaltu – niestety i tu psują trasy – zaczyna się górska autostrada, zwana przez wtajemniczonych MH10.

Zanim droga zamieni się w szeroki szutr, najpierw jest krętą ścieżką. Mijamy dwie lub trzy oazy pełne palm, pośród których przed palącymi promieniami słońca kryją się mieszkańcy okolicznych zabudowań.

Po kilku kilometrach znów jesteśmy w wysokich górach. A może jechaliśmy wśród nich cały czas? Krajobrazy w Maroku zmieniają się tak szybko, że szczerze mówiąc to nie pamiętam! 😉

Im dalej tym wyżej, a im wyżej tym lepiej! Widoki zapierające dech w piersiach, a do tego podjazdy, zjazdy, agrafki! Takie właśnie atrakcje towarzyszą nam prawie cały czas na MH10.

Do robienia długich sesji zdjęciowych skutecznie zniechęca temperatura. Mimo, że jesteśmy na wysokości około 2000 metrów, w cieniu jest ponad 25 stopni. Gdy tylko się zatrzymujemy, słońce praży niemiłosiernie!

Nic dziwnego, że po rzece nie pozostała ani kropla wody! Może to i dobrze, bo musimy przejechać na drugi brzeg.

Kamieni nie brakowało na całej trasie, ale na dnie wyschniętego koryta było ich wyjątkowo dużo!

Gdy jesteśmy już blisko asfaltu spotyka mnie niespodzianka! Usłyszałem głośne “psss”, przejechałem jeszcze jakieś kilkadziesiąt metrów i poczułem, że coś nie gra!

Motoz RallZ poddał się! Coś przecięło gumę w tylnej oponie na wylot! Prawdopodobnie był to ostry, marokański kamień.

Pech chciał, że akurat zostaliśmy z Martą na końcu naszej sztafety, bo chcieliśmy zrobić kilka zdjęć i nakręcić film (warto było, materiał jest już na → IG Marty).

Kiedy zaczynam zdejmować koło, wokół nas, nie wiadomo skąd, pojawia się zgraja dzieciaków. 🙂

O wszystko się pytają, wszędzie zaglądają i chcą pomagać. 🙂 Niestety nie mówią po francusku, więc kontakt jest utrudniony. Krzyczą, popisują się, skaczą, robią salta! Istny cyrk!

Po chwili nadjeżdżają Wasyl, Irek i Rafał. Z pomocą robota idzie szybko i sprawnie!

Gdy ogarniamy z Wasylem koło…

…Irek – wiadomo, to przecież nasz grupowy Ojciec – organizując różne gry i zabawy powstrzymuje dzieciaki, żeby nie skakały nam po głowach…

…Rafał ma w tym czasie na wszystko oko…

…a Marta robi zdjęcia (dlatego nie ma jej na foto). 😉

Szprychowe felgi w DL są dostosowane do opon bezdętkowych. Zbieg okoliczności sprawił, że mam łatki do opon, które Yasiu dał mi, gdy byliśmy w Hotelu Panorama. Ale w końcu i tak zakładam dętkę, którą zabrałem na taką okoliczność, bo łatka niestety nie trzyma. Jeszcze chwila zabawy łyżkami, potem w ruch idzie kompresor no i koło naprawione!

Na koniec akcji podchodzą do mnie chłopaczki z rowerkiem w którym odpadł pedał. Mobilne Griba Garage staje na wysokości zadania i rowerek zostaje naprawiony, a radość dzieciaków jest po prostu bezcenna!

Możemy ruszać! Do celu mamy jeszcze kilkanaście kilometrów. A jest nim bardzo przyjemny, godny polecenia kemping → Atlas położony nieopodal miasteczka → Tinghir.

Gdy jesteśmy już na asfalcie czeka na nas kolejna tego dnia, tym razem miła niespodzianka! Spotykamy dromadera, który wyszedł na  wieczorny spacer. 🙂

Gdy docieramy na miejsce możemy godnie uczcić szczęśliwy przyjazd na kemping. 😉 A to dzięki temu, że Martyna i Yasiu, którzy pojechali przodem, namierzyli w mieście sklep z alkoholem i zrobili zaopatrzenie. Takich miejsc, gdzie można kupić napoje wyskokowe jest tu jak na lekarstwo, bo alkoholu się przecież w kulturze muzułmańskiej nie pije.

Kolacja przy winie i piwie, po dniu pełnym wrażeń, smakuje wybornie!


Niedzielny (05.11.23) poranek zaskakuje mnie brakiem powietrza w naprawianym kole! Widocznie coś musi być nie tak z dętką. W tej sytuacji postanawiamy odłączyć się od ekipy. Ja z Martą pojedziemy do wulkanizacji ogarnąć temat. Swoje towarzystwo zaoferował nam Yasiu. Natomiast reszta naszej grupy poleci zgodnie z planem dzisiejszą trasą, a my ich później dogonimy.

Koniec języka za przewodnika. Okazuje się, że zakład jest zaraz obok kempingu. Pan właściciel sympatyczny, mówi po francusku. Dzięki temu dogadujemy się bez problemu. Zdejmuję koło i zrzucam łyżkami oponę, bo nie chcę ryzykować uszkodzenia felgi w maszynie, która najlepsze lata świetności ma już dawno za sobą.

Samo łatanie zostaje wykonane bardzo profesjonalnie. Niestety impreza kosztowała mnie… 350 MAD! Sporo jakoś tak, ale co by nie mówić opona wytrzymała do końca podróży, a lekko nie było!

Pewnie jesteście ciekawi dlaczego w oponie nie było powietrza? Niestety łatka okazała się za cienka i kord, który wyszedł z gumy podczas jazdy uszkodził dętkę.

Po zakończeniu akcji naprawczej gonimy resztę ekipy. Przed nami kolejna mountain highway!

Rozpiera nas niepohamowana radość!

Szkoda tylko, że czas tak szybko leci i musimy ruszać dalej nie mogąc się wystraczająco nacieszyć widokami!

Gdyby nie to, byłoby jeszcze więcej zdjęć!

Z ekipą łapiemy się przy przepięknym wąwozie → Dadès Gorges. Dojazd tutaj to była droga tysiąca i jednego zakrętu, a sam wąwóz był jej ukoronowaniem!

Drużyna nie czekała na nas długo, bo częściej niż my zatrzymywała się na zdjęcia. Prowadziła też poszukiwania popularnych w tym rejonie skamielin. Finalnie spotkaliśmy się w barze → Tisdrine

…z którego tarasu był świetny widok na wspaniały wąwóz!

Zaliczamy jeszcze zdjęcie z marokańską bramą…

…i już wszyscy razem, kolejną górską autostradą mkniemy w kierunku miasteczka → Agoudal.

Ta droga była wyjątkowo piękna! Brak mi już słów, żeby opisywać to co widzieliśmy, a nie chcę się powtarzać. 🙂 Zdjęć niestety nie zrobiliśmy, bo znów zabrakło czasu i zaczęło się zmierzchać, więc i tak niewiele byłoby widać. Trzeba będzie tu wrócić…

Docieramy na nocleg, który mamy zarezerwowany w → Auberge Ibrahim. Dziś śpimy w przytulnych pokoikach z łazienkami, których drzwi wychodzą na wspólny dziedziniec, gdzie mogliśmy zaparkować motocykle.

Wieczorem czeka na nas smaczna kolacja w wesołej atmosferze muzyki na żywo, wygrywanej przez właściciela wraz z rodziną na marokańskich bębenkach. To był niesamowity show! 🙂

Niestety brak zasięgu i WiFi w pokojach oznacza, że relacja znów nie pojawi się na blogu. 🙂


W poniedziałek (06.11.23) rano jest wyjątkowo zimno. Wyjazd na trasę następuje po śniadaniu serwowanym przez kemping. Tym razem obyło się bez śpiewów i tańców. 🙂

Wspólne zdjęcie…

…i znów nawijamy kilometry po krętych, górskich, marokańskich drogach. 🙂

Krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Co chwila coś nowego…

Chciałoby się uwiecznić w pamięci każdy moment, każdą chwilę, każdy widok, ale niestety to niemożliwe…

Zanim zdążyliśmy się obejrzeć wpadamy w przepiękną trasę → Assif Melloul Piste, która biegnie wzdłuż rzeki o tej właśnie nazwie.

Szutrowa ścieżka doprowadza nas do → Cathédrale Msfrane. Fakt, trzeba przyznać, że masyw górski wyglądał imponująco, ale ja tam żadnej katedry nie widziałem. 🙂

W tym miejscu postanawiamy z Wasylem podążać dalej po track’u licząc na jeszcze więcej offa. Pozostała część ekipy rusza na skróty asfaltem do miejsca dzisiejszego noclegu.

Coś tam było, ale chyba część tego offa tylko została, bo po kilkudziesięciu kilometrach pojawia się asfalt. Zdjęć nie robiliśmy, bo… jechaliśmy. 🙂

Offu nie ma, za to po kilkudziesięciu kilometrach dopada nas gęsta jak mleko mgła i deszcz. W kulminacyjnym momencie termometry pokazują 4 stopnie! Typowa Afryka! Przebieramy się w przeciwdeszczówki i przedzieramy przez mgłę. Trochę to trwa zanim przestanie padać, a gdy mgła w końcu znika w końcu coś widać. 🙂

Gdy docieramy na kemping → Auberge Zebra (godny polecenia), jest jeszcze jasno. Nasza ekipa już tu jest. Niestety mimo, że jechali inną drogą, ich również dopadł deszcz.

Kolacja i pogaduchy, które trwają do późna. A jutro ruszamy do Marakeszu. To duże miasto, które będziemy zwiedzać. Kto mnie zna już wie jak bardzo się z tego “cieszę”. 🙂


Następny marokański wpis
« »
Poprzedni marokański wpis
« »